W orędziu Lecha Kaczyńskiego zabrakło mi potwierdzenia, że prezydent ma wizję tego, jak Polska może wyjść z kryzysu. Oceniam to wystapienie jako element doraźnej polityki - nagle euro stało się punktem, wokół którego koncentruje się dyskusja. A przecież nie tylko o to chodzi!

>>> Złotówka jest z PiS, a euro z PO?

Oczywiście, cenne jest to, że prezydent mówił o współdziałaniu, bo przestraszeni kryzysem Polacy właśnie tego oczekują. Poza tym o wiele lepiej wygląda za granicą, kiedy nie kłócimy się o krzesła, tylko wspólnie zastanawiamy się nad tym, jak wyjść z gospodarczej zapaści.

Wystąpienie było dość ogólne - bez konkretów, a jedyny dotyczył euro. Bo tak naprawdę prezydentowi chodziło o to, żeby trochę tym euro postraszyć. Skoro Lech Kaczyński mówi, że Niemcy mają euro, a też mają problemy gospodarcze, to jest pewnego rodzaju dezinformacja. Wszystkie kraje są teraz w kryzysie bez względu na to, czy wprowadziły euro, czy nie. Np. Słowacja jako jedyny kraj w Europie ma dobre prognozy gospodarcze.

Wydaje się, że w Polsce toczy się głównie debata polityczna, a nie ekonomiczna. W orędziu z jednej strony trochę było kija, a trochę marchewki. Bo z jednej strony niby jesteśmy razem, a z drugiej wcale razem nie jesteśmy, bo w sprawie euro się różnimy. A prezydent tym orędziem trochę tę wojnę o euro podkręcił.