Jedną z najważniejszych zalet demokracji jest jej zdolność do systematycznego odświeżania swego języka: do tworzenia nowego politycznego dyskursu, gdy wymaga tego sytuacja, gdy społeczne nastroje ulegają zmianie, a dotychczasowe recepty już się nie sprawdzają. W Polsce społeczna świadomość przeobraża się w tempie błyska-wicznym: zostaliśmy skonfrontowani z zaawansowaną postacią zachodniego kapitalizmu, chcemy dotrzymać mu kroku i jakoś się w tym wszystkim odnaleźć. Tymczasem nasza polityka jakby nie dostrzega problemu: wciąż operuje kategoriami sprzed ponad dekady, jak mantrę powtarza nam te same zaklęcia, rozkręca te same konflikty. W konsekwencji staje się coraz bardziej archaiczna i bezużyteczna. Gdzie szukać ratunku? Może w doświadczeniu młodych, 25-35-latków? To dzieci nowych czasów: komunę pamiętają jak przez mgłę (o ile w ogóle), wolny rynek jest dla nich środowiskiem rozpoznanym i oswojonym. Mają własne nowe potrzeby i własne sposoby radzenia sobie z rzeczywistością. Politycy mogliby się od nich sporo nauczyć. Czy zechcą? Na razie nic na to nie wskazuje. Polityczna scena nawet podczas kampanii wyborczej trwa jak zahibernowana.

Kłótnie w rodzinie
Twarze głównych graczy rodzimej polityki nie zmieniają się od dziesięciu lat. Oczywiście, na szczytach dochodzi do okresowych perturbacji czy przesileń - a to Kaczyńscy wypadną na kilka lat z obiegu, by później wrócić w glorii, a to Miller z Cimoszewiczem zejdą na jakiś czas w cień, by w kolejnych wyborach spróbować jeszcze raz. Fakt pozostaje jednak faktem - nasza polityka to dziś prawie wyłączna domena wąskiej pokoleniowej grupy 50- i 60-latków. Z jednej strony mamy ludzi z mocnymi życiorysami opozycyjnymi, pamiętających formacyjne doświadczenie Solidarności, w latach 90. zaangażowanych na różnych poziomach nowej państwowej administracji. Z drugiej - ostatnich wychowanków PZPR, którzy po ustrojowej rewolucji szybko odnaleźli się jako oświeceni liberałowie, szybko nawróceni na wolny rynek, niekiedy z domieszką socjalnej wrażliwości. Pomiędzy pierwszymi a drugimi niby wciąż trwa ostry konflikt, niektórym podział wydaje się nie do pokonania. Ale patrząc na sprawę z lotu ptaka, można zobaczyć coś innego. Po prostu rzecz elementarną: to, że rodzima elita polityczna w wymiarze generacyjnym jest wyjątkowo spójna, homogeniczna. Kaczyńscy, Tusk, Rokita, Komorowski, Pawlak, Cimoszewicz, Miller czy Kwaśniewski - wszyscy wychowali się w tym samym czasie, w tym samym kulturowym otoczeniu, wszyscy wyrośli z tych samych dylematów, nawet jeżeli na poszczególnych zakrętach podejmowali inne decyzje.
Oczywiście, dziś nie są identyczni. Różnią się politycznymi poglądami i postawami, przynajmniej na poziomie deklaracji. Dyskutują, kłócą się, czasem nawet ostro. Tyle, że to - by tak rzec - kłótnie w rodzinie. Mają tak rytualny, znany od dawna przebieg, że nie generu-ją już żadnej nowej społecznej energii, oferują wyłącznie powtórkę z rozrywki. Rezultatem jest obumieranie politycznej debaty, jej tetryczenie. Mówiąc obrazowo - tak jak od 1989 roku wciąż wybieramy między tymi samymi politykami, tak wciąż pozostajemy skazani na ten sam polityczny dyskurs. Nawet jeśli pojawia się próba przekomponowania sceny bądź nowego zdefiniowania sytuacji w kraju, prędko okazuje się, że to jedynie "przepakowanie" starych pomysłów. Przykładem koncepcja rozbicia wyborców na zwolenników Polski liberalnej i solidarnej. Główna idea PiS z poprzedniej kampanii w istocie nie proponowała niczego nowego: była tylko odtworzeniem (w bardziej schludnej formie) narastającego od początku lat 90. podziału na beneficjentów transformacji i jej ofiary. Dekadę wcześniej tę samą linię społecznego podziału oddawało hasło "Balcerowicz musi odejść".
Powie ktoś: przecież pojawili się w głównym nurcie politycy młodsi (Ziobro, Olejniczak), a także kontestujący cały dotychczasowy salon (Lepper, Giertych). Prawda, jednak w tym przypadku nowe twarze w najmniejszym stopniu nie oznaczały nowych myśli. Ziobro i Olejniczak okazali się zbyt uwikłani w logikę oraz strategię własnych obozów politycznych, aby skutecznie naruszyć status quo. Zresztą nawet nie próbowali. Lepper - w początkach kariery rewolucyjny watażka z pewnym talentem do wskazywania problemów dotąd niedostrzeganych w publicznej dyskusji - na rządowej posadzie przeobraził się w typowego nuworysza, bez żadnych ambicji do zapanowania nad swoim politycznym przekazem. Giertych wybrał taktykę szoku, która mogła wprowadzić ożywienie w stęchłą parlamentarną atmosferę, lecz nadmiernie skoncentrował się na osobistych obsesjach, żeby odnieść sukces. Skądinąd dobrym przykładem ilustrującym moc obec-nego politycznego rozdania, niesłabnącą dominację postaci i języka polityków 50- oraz 60-letnich jest niedawny konflikt w krakowskiej PO. Pisała o tym w czwartkowym DZIENNIKU Jadwiga Staniszkis.

Polityka jako cyrk
50- i 60-latkowie rządzą - zarówno faktycznie, jak i w przestrzeni dyskursywnej. Efekty łatwo dojrzeć. Wciąż rozmawiamy o paru tych samych problemach, które właśnie oni - w początkach transformacji - uczynili głównymi punktami odniesienia naszej polityki. Można by je pogrupować w kilku kategoriach. Po pierwsze, chodzi o podejście do historii. Po drugie, o postawę wobec rozmaitych odmienności, wobec Innych. Po trzecie, o kwestie obyczajowe. Po czwarte, o stosunek do wolnego rynku. Innymi słowy, chodzi o agentów, gejów, aborcję, polski antysemityzm, niesprawiedliwą prywatyzację, europejskie zagrożenie dla naszej narodowej tożsamości, ciężki los górnika i pielęgniarki. Oczywiście, politycy różnych opcji ustawiają się wobec tych problemów po swojemu, tak, by wygrywać je dla własnych celów, ale na razie poza opisany czworokąt wyrwać się nie potrafią. To tutaj budują swe polityczne tożsamości, to tutaj szukają poparcia wyborców. Szansa na poszerzenie pola dyskusji pojawiła się tylko raz: po aferze Rywina. Wtedy zainicjowano rozmowę o ustrojowych podstawach naszej demokracji, o potrzebie głębokich zmian instytucjonalnych. Powstał projekt IV RP, prawica z nim na sztandarach wygrała wybory przed dwoma laty. Zapał okazał się jednak słomiany. Jak bardzo - pokazuje obecna praktyka polityczna, a także publicystyka nawet naj-bardziej oddanych orędowników IV RP, choćby Rafała Matyi. Zamiast debaty o instytucjach i kompetencjach państwa znów mamy na tapecie becikowe i ojca Rydzyka.
W jakimś wymiarze można polskich polityków zrozumieć - wracają do tematów, które wielokrotnie przyniosły im zainteresowanie widowni. Zgodnie z radą inżyniera Mamonia przypominają piosenki, które już kiedyś słyszeliśmy. Jednak widownia nieoczekiwanie zaczyna ujawniać znużenie. Nie potrzeba wielkiej przenikliwości, by dojrzeć i zrozumieć najczęstsze obecnie doświadczenie przeciętnego obserwatora rodzimej sceny politycznej - doświadczenie znudzenia i wykluczenia. Oglądamy polityczny spektakl, ale zwykle jako rodzaj cyrku czy zoo, dwuznacznej rozrywki, która nie dotyczy nas bezpośrednio. Ciekawi nas ta bijatyka, ale coraz gorzej pojmujemy jej związek z naszym życiem. Zjawisko bynajmniej nie jest niewinne, bo podminowuje same fundamenty demokracji. Demokratyczna umowa polega przecież na jak najgłębszym włączaniu obywateli w bieg spraw, na wkluczaniu, a nie wykluczaniu.
Może zatem - jak powiedzieliśmy - odświeżyć język polityki. To strategia testowana ostatnio we Francji i USA. Prezydenckie wybory we Francji dowiodły, iż demokracja nadal potrafi aktywizować tłumy: o ile pojawią się niezużyci kandydaci mówiący ludzkim językiem o ludzkich sprawach. Podobne dokonania ma w Ameryce Barack Obama - ze wsparciem internetu w nowy sposób zdobywa głosy nawet niezainteresowanych wcześniej polityką. Do zwycięstwa mu daleko, jednak już zmienił ton kampanii, pokazał, że do wzięcia są nowi, nierozpoznani dotychczas wyborcy. Czy coś takiego zdarzy się w Polsce? Powinno. Choćby dlatego że jedną z trzech największych partii nadal jest u nas partia niezdecydowanych i niegłosujących. W dodatku żadne sondaże nie ujawniają, ilu głosujących dokonuje wyboru z bólem głowy, na zasadzie: "Nikt mi się nie podoba, ale wybieram mniejsze zło". Oni wszyscy czekają na nową ofertę.

Obywatele bez twarzy?
Z pewnością jest w Polsce rosnąca grupa osób, które chcą iść na wybory, lecz w obecnych partyjnych programach nie znajdują dla siebie kompletnie nic. To wspomniani 25-35-latkowie, zwłaszcza ci z aspiracjami - po studiach, czasami na posadach w korporacjach, kiedy indziej w poszukiwaniu pracy, częściowo w Londynie albo Dublinie. Statystycznie zapewne nie są zbyt atrakcyjni, partie, które chciałyby walczyć tylko o nich, musiałyby przegrać. Ale dlaczego z ich potrzeb i oczekiwań nie uczynić jednego z motywów kampanii? Dlaczego nie wykorzystać ich młodej energii, nie odwołać się do ich dynamiki, mobilności i pomysłowości? Taka zmiana akcentów byłaby dla naszej polityki bardzo ożywcza. Czegoś podobnego próbował na początku kadencji PiS w reklamach pod hasłem "Obywatel IV Rzeczpospoli-tej". Rezultat był średni, m.in. dlatego, że obywatel IV RP okazał się tutaj obywatelem bez twarzy i założonemu odbiorcy trudno było się z nim zidentyfikować. Teraz czas na kolejne próby. Nie idzie o to, by młodzi automatycznie pojawili się na listach wyborczych (choć to może by nie zaszkodziło). Idzie o to, by ich język, ich system wartości i pokoleniowych metafor stał się częścią dyskursu publicznego.
Sprawa oczywiście nie jest prosta. 25-35-latkowie byli dotąd dla polskiej polityki niewidoczni z jednego bardzo ważnego powodu: oni po prostu nie wpisują się w obecne linie politycznych konfliktów. Po prawdzie, nie wpisują się w linie żadnych konfliktów. Gdybym miał nazywać to pokolenie, zaryzykowałbym tezę: to generacja, która (inaczej niż poprzednie) identyfikuje się nie przez negację, nie przez bunt wobec poprzedników bądź konflikt z otoczeniem, ale przez spokojną akceptację zastanych warunków oraz próbę wykorzystania ich dla własnych celów. Stąd zresztą biorą się narzekania publicystów, którzy zarzucają młodym brak poglądów i nijakość. Tymczasem młodzi Polacy nie są pozbawieni poglądów, oni po prostu realizują inny od dotychczasowych model życiowy - przede wszystkim szukają własnej niszy, a w niej szansy na autorealizację. To może być kariera zawodowa, praca artystyczna, rodzina lub podróże. Raczej coś skromnego, obliczonego na pojedynczą biografię niż wielki cel, mierzony potężnymi kategoriami historii czy narodu. Co za tym idzie, młodzi nie dążą do konfliktu, szkoda im na coś podobnego czasu. Zbyt są zajęci własnymi zamierzeniami, żeby tropić wroga. Nic dziwnego, że polska polityka, która większość swojej energii bierze z nieustannych, często nawet sztucznie podgrzewanych światopoglądowych wojen, nie wie, co z nimi zrobić.
A co mogłaby z nimi zrobić? I czy w ogóle mogłaby coś zrobić? Bo może ich sprywatyzowane, nieideologiczne podejście do świata wyklucza jakąkolwiek polityczną aktywność? Może są tak skoncentrowani na sobie, że nie potrafią myśleć politycznymi kategoriami wspólnoty? Na pewno porządek zbiorowy nie jest dla nich porządkiem podstawowym. Jeżeli już, to w wymiarze mikro, rozumiany jako bliski krąg przyjaciół albo rodziny. Potwierdzają to choćby badania dotyczące wspólnotowego pojęcia patriotyzmu. Młodzi Polacy deklarują się jako patrioci, ale jednocześnie szybko dodają, że nie chcieliby ginąć za ojczyznę, a skonfrontowani z alternatywną: "Ciężka praca w Polsce na rzecz kraju czy autorealizacja na emigracji" bez wahania wybierają drugą możliwość.

Etos samodzielności
Nie znaczy to jednak, że w ich postawie nie ma nic społecznie albo politycznie użytecznego. Coś, co najmocniej przyciąga uwagę, określiłbym krótko - etos samodzielności. Niby to banał: 25-35-latkowie są aktywni i sami chcą budować swój los. Uczą się języków, uczęszczają na kursy, kończą szkoły, a kiedy nie mogą znaleźć pracy, nie wychodzą na barykady, tylko szukają swojej szansy w Wielkiej Brytanii. Banał banałem, ale w tej wielokrotnie już opisanej sytuacji kryje się coś istotnego. Widać w niej wyraźnie, że młodzi Polacy traktują własne życie jako rodzaj projektu do wykonania. Aż korci, by przenieść refleksję w inny rejon i opisać ich jako typowych przedstawicieli późnej nowoczesności, zgodnie z klasycznymi rozpoznaniami Giddensowskimi. To żadne nadużycie - Giddens zajmował się przecież dokładnie takimi ludźmi: autorefleksyjnymi, zdającymi sobie sprawę, iż warunki swego istnienia muszą starannie negocjować z rzeczywistością, samodzielnymi. Anglik swoje tezy konstruował na początku lat 90. z obserwacji zachodnich społeczeństw nasyconego kapitalizmu. Teraz wreszcie zaczęły się one odnosić do Polski. Zmiana jest bardzo ważna, ponieważ oznacza zmierzch najbardziej u nas dotychczas rozpowszechnionej postawy roszczeniowej. A to już doniosła rewolucja o wymiarze ściśle politycznym.
Młodzi Polacy nie domagają się bezpośredniej pomocy państwa. Oczekują tylko, iż państwo nie będzie im przeszkadzać. Ich etos samodzielności zakłada, że poradzą sobie sami, zatem nie potrzebują państwa - ideologa, lecz państwa - administratora. Potrzebują prostego oraz skutecznego prawa, przyjaznych urzędów, sprawnej policji. Po prostu spokojnego oraz przewidywalnego cywilizacyjnego otoczenia. Ich państwo ma być silne, ale ograniczone w kompetencjach - bez prawa ingerowania w nisze i sfery wolności obywateli; tak, żeby nie zagrażać podstawowej potrzebie autorealizacji. W tym znaczeniu 25-35-latkowie - o ile dobrze ich tu przedstawiam - nie są apolityczni, ale postpolityczni. Wymknęli się ze świata ideologii, twardego politycznego konfliktu. I dlatego są dla naszej polityki autentycznym wyzwaniem. Powtórzmy raz jeszcze: jeżeli polska klasa polityczna chce odpowiedzieć na ich doświadczenie, musi radykalnie zmienić swój język. Zrezygnować z pustych politycznych wojen, których jedyną stawką jest naga władza, a wrócić choćby do zarzuconych reform instytucjonalnych, przede wszystkim tych poprawiających standard życia codziennego.
Trudno liczyć na coś podobnego jeszcze w tej kampanii. Ale już w trakcie najbliższej kadencji problemu chyba nie da się obejść. Który z naszych polityków rozumie i docienia jego wagę? Z drugoligowych chyba Andrzej Celiński (świadczy o tym niedawny wywiad dla "Europy"). A z pierwszoligowych? Rokita? Tusk? Bielan? Olejniczak? Może tylko Kazimierz Marcinkiewicz. Były premier już na pierwszy rzut oka świetnie pasuje do czasów późnej nowoczesności - w dostatecznym stopniu pozbawiony twardych przekonań, nieco obły, ale zarazem bardzo medialny, bardziej technokrata niż ideolog, na bankowej posadzie w Londynie na własnej skórze sprawdza, czym jest profesjonalna kariera w zglobalizowanym świecie, w dodatku lubi go też starsze pokolenie. Tylko czy w końcu porzuci zafałszowany mit Polski solidarnej, a zechce zrobić coś dla Polski samodzielnej?