Wszystko, co ma ostatnio miejsce w telewizji publicznej, przypomina poruszanie się po ruchomych piaskach. Odkrywanie intencji Piotra Farfała - człowieka związanego z LPR i chwilowego prezesa TVP - jest niesłychanie trudne.
Przyznam się, że oglądałem "Wiadomości" i nie dostrzegałem w nich jakiejś bardzo silnego nagięcia politycznego w którąkolwiek
stronę. Wszystko, co się dzieje wokół telewizji, było zaledwie marginesem działań w wewnątrz tej instytucji. Ale ani odmowa przeprowadzenia wywiadu z Ganleyem, ani nieprzeczytanie startówki
nie jest powodem do zwolnienia. Hanna Lis twierdzi, że próbowano coś na niej wymusić. Jeśli tak było, to rzeczywiście dziennikarz ma pełne prawo do niewyrażenia zgody na wykonanie zadania.
J
Intryga jest bardzo złożona, a na jej czele stoi prezes Farfał. Po drodze pojawiają się ludzie z LPR-u, desant z tygodnika "Wprost", kłótnie, odmowy współpracy, zawieszenia w obowiązkach i zwolnienia. Aż ciężko ogarnąć. Taka atmosfera pokazuje, że w Telewizji Polskiej w każdej chwili wszystko może się zmienić. I dopiero nowa ustawa o radiofonii i telewizji zahamuje szaleństwo. Wracając do pani Lis, historia różnych karier dziennikarskich pokazała, że lepiej jest mieć twardy kręgosłup i reagować w niejasnych sytuacjach, bo później właśnie takie postawy okazują się najbardziej opłacalne. Nie można się dawać naginać, łamać i tracić pozytywną opinię o sobie. Takich dziennikarzy było już wielu. Rozpoznawalność i popularność Hanny Lis jest jej sojusznikiem. A w tej sytuacji lepiej jest zostać wyrzuconym za Piotra Farfała, niż zostać przez niego zatrudnionym. Zatem to zwolnienie jest porównywalne z otrzymaniem Krzyża Walecznych.