Kiedy się pan poda do dymisji?

Reklama

Żeby podać się do dymisji, trzeba mieć poczucie, że popełniło się istotny błąd. Albo że nie ma się już siły, nie daje się rady. Innym powodem jest świadomość, że nie ma się już ludzi wokół siebie, takie poczucie osamotnienia w walce. Ale żadna z tych kategorii nie zaistniała w moim przypadku. Ja mam poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Wiem, że mogłem zrobić więcej, ale jestem tylko człowiekiem. Poza tym znam Inspekcję Sanitarną od podszewki i na wskroś. Moja pierwsza dyrektorska kariera to była posada inspektora terenowej stacji sanitarno-epidemiologicznej w Łosicach. Zatoczyłem koło – od terenowego po głównego inspektora. Do dziś jestem z ludźmi w Łosicach bardzo zaprzyjaźniony.

Może z tymi z Łosic tak, ale pracownicy sanepidu w innych miejscowościach nie mają szczególnych powodów, żeby pana lubić. Przepracowani, niedoposażeni, zarabiający grosze. A jeszcze nieszczególnie lubiani, gdyż nie wyrabiają się z dodatkowymi zadaniami, które nałożyła na nich pandemia.

Nie zgadzam się. Te 16 tys. ludzi, którzy pracują w inspekcji, widzi zmiany na lepsze. I, co najważniejsze, perspektywy na przyszłość. Na to, aby ta instytucja, która przez całe lata była marginalizowana, niedofinansowana, wreszcie się odbudowała.

Pandemia stała się dla was szansą?

W pewien sposób tak. Można powiedzieć, że padliśmy ofiarą swojego sukcesu, lata bez poważnych zagrożeń epidemicznych sprawiły, iż ludzie przestali wierzyć w patogeny i przestali się szczepić. Ta sytuacja otworzyła wielu osobom oczy i sprawiła, że także przed sanepidem stanęła szansa na to, żeby się unowocześnić i ucyfrowić. Skrajne niedoinwestowanie sanepidu sprawiło, że w niektórych jednostkach – sam to niedawno widziałem – wciąż w użyciu jest kalka. Nie ma komputerów, skanerów, panie przepisują dokumenty przez kalkę! Teraz okazało się, że ta zapomniana inspekcja jest niezbędna.

Pandemia pokazała, że owi marginalizowani ludzie istnieją, przetrwali. I, mimo olbrzymich trudności, dają jakoś radę. Warto wspomnieć, że w 2019 r. inspekcja po raz pierwszy od wielu, wielu lat, dostała od premiera podwyżkę – wszyscy jej pracownicy dostali 500 zł więcej do pensji. To są duże pieniądze, choć zdaję sobie sprawę, że niewystarczające.

Ta podwyżka to była konieczność, by dostosować głodowe pensje pracowników sanepidu do nowej minimalnej pensji krajowej.

Ale była, wcześniej nikt nie widział takiej konieczności. Mało tego, każdy pracownik dostał tysiąc złotych nagrody. I, co najważniejsze, wreszcie ktoś powiedział o nas – jesteście dobrzy, potrzebni. Ludzie ujrzeli światełko w tunelu. Gdyby nie to, nie wiem, jak wyglądałaby walka z pandemią.

Czy jest pan w stanie przekonać premiera, ministra finansów, że ludziom z sanepidu należy się następna podwyżka? Że potrzebują wsparcia w postaci kolejnych etatów, gdyż podpierają się już nosem, niektórzy od kilku miesięcy nie mieli jednego wolnego dnia.

Robię wszystko, żeby tak się stało, żeby pokazać, iż jesteśmy niezbędną służbą. Mam głębokie przekonanie, że rząd się ze mną zgadza.

A konkretnie?

Wystąpiliśmy do premiera o zwiększenie budżetu na lata 2020 i 2021, wniosek został zaakceptowany. Marzę o tym, żeby ta praca była prestiżowa, żeby ludzie się do niej garnęli.

Ile dałby pan na początek człowiekowi, który byłby skłonny przyjść do pracy w inspekcji?

Reklama

Proszę zapytać wojewódzkich inspektorów sanitarnych, Główny Inspektorat Sanitarny jako organ administracji centralnej nie zatrudnia pracowników powiatowych stacji. Ale zdaję sobie sprawę, że taki dobry specjalista w szpitalu zarobi dwu-, trzykrotnie więcej niż w inspekcji.

A jaka jest średnia wieku wśród inspektorów?

Wiem, że dziś sanepid ma twarz starszej, zmęczonej kobiety. I moim marzeniem jest po pierwsze to, żeby ta twarz nie była aż taka zmęczona. Żeby inspekcję zasiliły młode kadry, dobrze wykwalifikowane i dobrze opłacane. Jest na to szansa, wierzę, że rządzący docenią naszą pracę – dwa miliony ludzi w kwarantannie, pełna opieka nad izolowanymi, ogromna liczba dochodzeń epidemiologicznych. Bez nas byłoby to niemożliwe.

Może jest i tak, jak pan mówi, ludzie jednak wiedzą swoje. Nie sposób się było dodzwonić do sanepidu, i wciąż nie można, osoby obawiające się, że złapały koronawirusa, zostają bez porady, nie wiedzą, co mają począć.

Jeśli w jednostce jest jedna linia telefoniczna, to nie należy się temu dziwić. I to mimo tego, że inspektorzy pracują przez 24 godziny na dobę, przez siedem dni w tygodniu. Niektórzy z nich odbierali po 800 połączeń dziennie. A nie zapominajmy, że z początkiem września doszły nam kolejne obowiązki związane z rozpoczęciem roku szkolnego. Przygotowaliśmy na stronie odpowiedzi na najczęściej zadawane pytania. Staramy się dać szefom placówek oświatowych poczucie bezpieczeństwa, chcemy, by mieli świadomość, iż jest ktoś, kto czuwa, kto ich wspomoże, podejmie decyzję np. o zamknięciu szkoły czy o nauczaniu zdalnym czy hybrydowym, jeśli zajdzie taka potrzeba. To także jest wielkie wyzwanie, odbyliśmy 500 spotkań z dyrektorami szkół w ciągu jednego tygodnia, przeszkoliliśmy 27 tys. szefów placówek oświatowych. Ale to nie wszystko. Nasze laboratoria, które zajmują się badaniem żywności, dzięki którym mamy pewność, że jest ona bezpieczna, że można ją sprzedawać i eksportować, przez cały czas pracują. Jestem pewien, że dzięki temu nie doszło do krachu naszej gospodarki. To jest monstrualna praca i odpowiedzialność.

Chwaliliście się, że dostaliście od premiera 60 mln zł na sprzęt, na doposażenie jednostek terenowych. Co zostało zakupione z tych środków?

Dostaliśmy 9 tys. laptopów, ponad 8 tys. telefonów komórkowych, z pełnym oprogramowaniem i łącznością z siecią. Trwają bardzo zaawansowane prace nad systemem informatycznym, dzięki któremu będzie możliwa digitalizacja dokumentacji, a dochodzenia epidemiologiczne staną się łatwiejsze. To będzie cyfrowy skok inspekcji. Dzięki temu nawet tymi zasobami ludzkimi, które dziś mamy, będziemy w stanie znacznie lepiej pracować, a ludzie będą mniej przemęczeni.

Myśli pan, że uda się wyeliminować kalkę jako główny przekaźnik informacji w jednostkach? Kiedy to nastąpi?

Mam nadzieję, że stanie się to w październiku. Bo cała walka z pandemią polega na błyskawicznym mapowaniu zagrożeń, na szybkim podejmowaniu decyzji. Dlatego bardzo nam tego systemu potrzeba.

A ja jestem ciekawa, czy wreszcie pojawią się, te szumnie zapowiadane, kontrole złożone z inspektorów sanepidu i policji w sklepach. Przyznam, że dostaję szału, kiedy pchają się na mnie podczas zakupów osoby bez maseczek na twarzy, te, które zawieszają je sobie na uchu, albo – jak to nazywam – „nosorożce” straszące swoim nosem innych klientów.

Bardzo bym tego chciał, ale jest nas za mało, nie jesteśmy w stanie kontrolować wszystkich punktów usługowych. To raz. A druga sprawa to taka, że chcielibyśmy być instytucją edukacyjną, a nie opresyjną. Inna sprawa, że duża liczba moich współpracowników jest dość mocno zdemotywowana. Bo spotykają się z agresją, nie tylko w sieci, ale także z fizyczną. Tylko z tego powodu, że informuję o tym, co do czego sam mam przekonanie – że trzeba się szczepić, że trzeba nosić maseczki. Wiem, że muszę to wytrzymać, ale jestem zdziwiony, jak wielka jest liczba antycovidian w Polsce. I tutaj znowu nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jesteśmy ofiarą swojego sukcesu. Bo to, że udało się nam powstrzymać pandemię w Polsce, że nie ma masowych zgonów, zostało odebrane jako nasza klęska. To, że uratowaliśmy tysiące istnień, jest oceniane jako błąd systemu – nie ma żadnej pandemii, panuje spisek, mroczne siły chcą przejąć kontrolę nad ludzkością.

Tak, wiem, a Ziemia jest płaska. Ale może ten wykwit teorii spiskowych świadczy o tym, że pan, że sanepid, że rząd nie byli w stanie skutecznie komunikować się ze społeczeństwem?

Być może ma pani rację. Jednak kreatywność w tworzeniu teorii spiskowych często powala na kolana. Trudno z nimi walczyć czy próbować obalać. Choćby te dotyczące szczepionki na koronawirusa, której jeszcze nie ma.

Ale jest pan piewcą i zwolennikiem szczepionek, chociażby na grypę, wiele razy wyrażał pan dla nich poparcie. Ja także jestem za szczepionkami, cała moja rodzina chciałaby je przyjąć w tym sezonie, żeby się zabezpieczyć. I powiem panu, że jest pan hipokrytą, nawołując do masowych szczepień, gdyż tych wakcyn po prostu nie ma.

Proszę nie nazywać mnie hipokrytą, bo od wielu lat nawołuję do szczepienia się. Mało tego – cała moja rodzina każdego roku się szczepi przeciwko grypie. Nie wyobrażam sobie, żeby mogło być inaczej. Ja jestem lekarzem, moja żona także, odpowiedzialność za pacjentów wymaga, żebyśmy się zabezpieczyli. Wszystkim rekomenduję, żeby zaszczepili się na grypę. Co pomoże lekarzom w diagnostyce – pacjent zaszczepiony, który ma objawy zapalenia górnych dróg oddechowych, zostanie przebadany błyskawicznie na SARS-CoV-2, innych nie trzeba będzie testować.

Ale ja właśnie o tym mówię, że już dziś nie ma szczepionek na grypę. Więc nawoływanie do tego, żeby je przyjmować, jest nieuczciwe.

Mam wrażenie, że jest to nasza – społeczeństwa polskiego – wina. Bo to nie jest tak, że ktoś odgórnie zamawia szczepionki przeciwko grypie, tę sprawę reguluje wolny rynek. W poprzednim sezonie 100 tys. szczepionek zostało zmarnowanych. Jedynie 4,4 proc. Polaków zaszczepiło się na grypę. I ponad 60 proc. Brytyjczyków. Obecna ilość jest więc poniekąd wypadkową poprzednich decyzji wynikającą z niskiego zainteresowania tą formą profilaktyki.

Proszę wybaczyć, ale ja sobie to wyobrażam inaczej. Jeśli na początku roku mamy informację, że nowy koronawirus wszedł do gry, to spodziewałabym się, że ktoś na szczeblu centralnym pomyśli i zrobi zamówienie. Bo nie trzeba być geniuszem, aby przewidzieć skutki i potrzeby.

Jestem przekonany, że resort zdrowia robi, co może, żeby zabezpieczyć w szczepionki osoby najbardziej zagrożone, mam tutaj na myśli seniorów i lekarzy, ale jeśli nie starczy ich dla wszystkich, to tylko z tego powodu, że jako społeczeństwo nie chcieliśmy się szczepić. Koncerny farmaceutyczne nie są świętymi Mikołajami, ślą swoje produkty tam, gdzie je sprzedadzą. Chcę podkreślić, że w tym roku Ministerstwo Zdrowia po raz pierwszy prowadzi refundację dla grup szczególnego ryzyka.

To co, przyjdzie nam umierać? Jeśli nie na koronawirusa, to na grypę?

Nie przesadzajmy. Sezon grypowy jest najbardziej nasilony pomiędzy styczniem a lutym, mam nadzieję, że do tego czasu uda nam się sprowadzić tyle szczepionki, żeby wszyscy chętni ją przyjęli. Bardziej bym się obawiał, że znów jakieś dawki się zmarnują.

Mam gorączkę, kaszlę, czuję się źle. Co mam zrobić?

Proszę się zwrócić do specjalisty, do którego ma największe zaufanie gros Polaków ‒ czyli do swojego lekarza rodzinnego.

Chyba pan sobie żartuje ‒ ze mnie i z innych pacjentów. Mam mu nakaszleć przez telefon? Wysłać zdjęcie swojego zainfekowanego gardła przez Messengera? Naprawdę myśli pan, że lekarze rodzinni – których, moim zdaniem, miejsce jest przy pacjencie – sprawdzili się podczas tej epidemii?

Telemedycyna to nowe narzędzie. Musimy wciąż uczyć się z niego prawidłowo korzystać. Tak by nie stracić z oczu pacjenta.

Ja także jestem na nich wściekła. Ale OK, wyobraźmy sobie teraz, że spotyka pan na swojej drodze złotą rybkę, która będzie chciała spełnić pańskie trzy życzenia. Jakie by one były?

Powiem tylko o jednym – żeby nasza inspekcja stała się takim wzorcem do naśladowania, na którym będą się opierały epidemiczne służby innych krajów. Jestem przekonany, że przeskoczyliśmy sami siebie, że w tej naszej niemocy udowodniliśmy naszą sprawczość. I jeśli będziemy mogli pomóc komuś z zewnątrz, będzie nam miło. I tyle.