To jest całkowicie bezpodstawne stwierdzenie. Gdy przybył prezydent, poproszono premiera Tuska, by zdecydował, kto zostaje na sali: on czy któryś z ministrów. Bo wiadomo,
że są tylko dwa krzesła i od początku było wiadomo, że jedno z nich przysługuje prezydentowi, jeśli jest obecny na szczycie. Pan Sikorski musiał więc opuścić salę i stąd jego
frustracja.
Jeśli chcemy, by polityka zagraniczna, była skuteczna, musimy mieć ją jedną i tak jest. Być może kłopot polega na tym, że trudno jest zdefiniować tę politykę, którą proponują minister
Sikorski i pan premier Tusk.
To, że rząd nie przekazał nam tego stanowiska, to kolejna sprawa, która woła o pomstę do nieba. No ale cóż, jak rozpoczęła się część dotycząca kryzysu ekonomicznego, pan prezydent
opuścił salę obrad, by umożliwić udział ministrowi Rostowskiemu, bo tak po prostu powinno być.
To metoda "jak nie kijem go, to pałką". Jeżeli prezydent mówi, że chce jechać, to mówi się "nie, nie może jechać, bo będzie siedział i uniemożliwiał udział
ministra finansów". Jak na część dotyczącą kryzysu wychodzi, to znowu mówią, że źle, bo wyszedł po 6 minutach. To dziecinne i niepoważne opinie. Obrady trwają dwa dni, a nie 6
minut. Te wypowiedzi są bezpodstawne i aroganckie.
Sposób, w jaki postępują pan premier i jego otoczenie, jest karygodny. Jest zaprzeczeniem konstytucyjnej zasady współdziałania. Jest niezgodny z polskim interesem. Wynika chyba z powodów
ambicjonalnych, ale niech w tej sprawie wypowiadają się psychoanalitycy.
Ponad wszelką wątpliwość tak. Jest wyraźna skłonność do ograniczania kompetencji pana prezydenta. To widać na każdym kroku.
My na wszelki wypadek mamy zarezerwowany ten wyczarterowany. Przekonaliśmy się, że premier potrafi nie cofnąć się przed niczym, więc z czystej złośliwości może odlecieć na zasadzie
"niech ten wstrętny »Kaczor« ma za swoje". Skoro premier zachowuje się jak mały dzieciak, to pewnie jest do tego zdolny.