Jan Rokita do tej pory milczał, a wczoraj pojawił się na rynku w Szczecinie w towarzystwie posła Sławomira Nitrasa. W najbliższych dniach z kolei wybiera się do Wrocławia.

Reklama

Anna Wojciechowska: Po kilku tygodniach przerwał pan milczenie, wspierając we wtorek na swoim blogu konkretnego kandydata PO do Senatu - prof. Andrzeja Wysockiego. Wczoraj spacerował pan z posłem Nitrasem w Szczecinie. Włącza się pan w kampanię?
Jan Rokita:
Absolutnie nie. Przypadek prof. Wysockiego jest zupełnie wyjątkowy. To nie jest profesjonalny polityk. Prof. Wysocki to człowiek, który uratował dzięki swoim umiejętnościom kilkaset osób od śmierci, to ktoś, kogo niesłychanie od wielu lat cenię. Przyjaciel i autorytet. Tak strasznie ucieszyłem się, że postanowił po raz pierwszy u schyłku swojej kariery zawodowej ubiegać się o mandat senatorski, by coś jeszcze zrobić dla Polski, że postanowiłem go wesprzeć. To akt moralny, a nie polityczny. Po moim wycofaniu się z polityki opowiadanie się teraz w jakikolwiek sposób w sporach między zawodowymi politykami byłoby niestosowne.

A spacer w Szczecinie z numerem jeden na liście PO w tym mieście to nie było angażowanie się w kampanię?
Nie. To był tylko spacer. Nikogo do niczego tam nie namawiałem. Kilka tygodni temu zgodziłem się na wpisanie rekomendacji na ulotkach kilku osób, które dobrze znam i mogę potwierdzić, że są uczciwe. I na tym koniec.

Wszyscy spodziewali się, że pomoże pan Jarosławowi Gowinowi w Krakowie?
Nie ukrywam, że zagłosuję na Gowina. On sam do tej pory nie prosił mnie o udział w żadnych spotkaniach. I jestem mu za to wdzięczny, bo stawiłoby mnie to w bardzo niezręcznej sytuacji: nie chciałbym mu odmawiać. Mam poczucie, że obie wielkie partie czekają na każde moje słowo, żeby użyć go w kampanii wyborczej. W związku z tym będę uważał, by ich nie było.

Już po odejściu z polityki ze strony polityków PiS, w tym samego premiera, padła pod pana adresem lawina ofert politycznych - od kandydowania do wicepremierowania.
(Śmiech) Tak, tak. Włączałem czasem telewizor i co rusz widziałem, jak ktoś macha do mnie ręką i mnie pozdrawia. Patrzę na to jako na teatr. Znacznie większe znaczenie przykładam do łez szczecińskiej kioskarki, która właśnie 20 minut temu mnie uściskała. Politycy poruszają mnie znacznie mniej. Mam poczucie, że te oferty nie są do mnie. Tak jakbym siedział na przedstawieniu: aktorzy krzyczą do mnie: Chodź tutaj, chodź tutaj, wojna, wojna, ale przecież to nie znaczy, że ja mam wejść na scenę i że naprawdę jest wojna.

Ale to jest rzeczywiście tylko teatr? Politycy PiS grają, czy rzeczywiście przychodzą do pana z tymi ofertami?
To byłaby już rozmowa o polityce.