Przypadki zachorowania krów na wąglika potwierdzono w poniedziałek na farmie w miejscowości Staszkovce w powiecie Stropkov we wschodniej Słowacji niedaleko granicy z Polską. Polska inspekcja sanitarna ocenia, że nie ma w zasadzie zagrożenia dla ludzi. Chorobę tę wykryto w dwóch stadach krów liczących 150 i 120 zwierząt na prywatnej farmie należącej od 20 lat do Milana Homzy.

Reklama

Wąglik to choroba bakteryjna, która występuje u bydła, koni i owiec. Ze zwierząt wąglik może przenieść się na człowieka. Zakażenie u człowieka występuje zwykle przez spożycie mięsa padłych zwierząt. Choroba jest często śmiertelna. Szef regionalnego urzędu weterynarii w Svidniku Michał Zuzulak oświadczył, że na razie nie można mówić o epidemii. Bakteria wąglika zabiła cztery krowy z farmy. Trwa akcja szczepienia pozostałych. Zdaniem szefa urzędu weterynarii zwierzęta są klinicznie zdrowe.

W całym regionie obowiązuje jednak zakaz sprzedaży mięsa i mleka z zakażonej hodowli. Farma została zamknięta. Kwarantanna potrwa 30 dni. Słowackie ministerstwo gospodarki zapewniło, że mięso skażonych krów nie znalazło się w sieci handlowej. Słowackie radio publiczne informowało, że trzy krowy ze wspomnianej farmy sprzedano do Polski. Informacja ta nie została jednak oficjalnie potwierdzona. Milan Homza twierdzi, że żadne zwierzę nie zostało sprzedane od marca br..

Rzecznik polskiego Głównego Inspektora Sanitarnego Jan Bondar powiedział PAP, że wąglik jest problemem głównie dla hodowców zwierząt - wszystkie sztuki ze stad dotkniętych bakterią muszą być wybite i spalone. "Wąglik nie przenosi się przez powietrze czy drogą kropelkową, więc nie ma w zasadzie żadnego zagrożenia dla ludzi" - dodał.

Wąglik jest bakterią mającą niezwykłą zdolność do przetrwania w rozmaitych warunkach, ale nie jest to choroba, która może się przenieść na teren Polski - uważa Bondar. Zaznaczył jednak, że osoby, które udają się w ten rejon Słowacji, powinny zapoznać się dokładnie z sytuacją i stosować się do zaleceń tamtejszych władz weterynaryjnych i sanitarnych.

Słowaccy weterynarze przypuszczają, że zwierzęta zaraziły się na pastwiskach, gdzie przed kilku laty zakopywano padłe krowy i owce. Niedawne intensywne opady deszczu mogły rozmyć glebę i uwolnić niebezpieczne bakterie, które mogą przetrwać pod ziemią nawet kilkadziesiąt lat. Podobnego zdania jest Główny Lekarz Weterynarii Janusz Związek. Jak powiedział PAP w poniedziałek wieczorem, nie pierwszy raz pojawił się wąglik w tej okolicy. Ostatni raz zwierzęta chorowały tam na wąglika dwa lata temu.

Wszystko wskazuje na to, że teraz przetrwalniki wąglika zostały wypłukane ze starego grzebowiska zakażonych zwierząt przez powódź lub obfite deszcze - dodał Związek. Według niego źródło zakażeń jest stare, z czasów kiedy jeszcze padłe na zarazę zwierzęta grzebało się głębokich dołach, zamiast je spalić. Związek dodał, że wąglik u zwierząt zazwyczaj kończy się śmiercią.