"To, że był to budynek socjalny, wcale nie oznaczało, że mieszkał tam element. Wiem, co mówię, bo znałam ich - to byli zwykli, porządni ludzie. Wśród nich kilkanaścioro dzieci, od takich malutkich po nastolatki" - mówi DZIENNINOWI Monika Szymańska, właścicielka salonu fryzjerskiego Monique, która mieszka naprzeciwko zniszczonego budynku. "Ci biedni ludzie naprawdę starali się dbać o swoje mieszkania. Odmalowywali je, remontowali, nawet wymienili okna na plastikowe" - dodaje Szymańska.

>>>Spłonął hotel socjalny. 21 osób nie żyje

Jej słowa potwierdzają inni sąsiedzi. "Starali się doprowadzić swoje mieszkania do porządku, ale ile mogli zrobić sami? Tam przecież nawet dziury w podłogach były, sami musieli zalewać je betonem" - opowiada Ewa Radyńska. "Tam mieszkali między innymi nasi przyjaciele. Okazało się, że w nocy nie było ich w domu, ale w pożarze zginęła ich 12-letnia córka. To było ich jedyne dziecko" - dodaje roztrzęsiona kobieta.

Jeden z mężczyzn, który stracił w płomieniach siostrę, zarzuca strażakom tchórzostwo. "Mojej siostrze mogli życie uratować, a ja nie mogłem nic zrobić. Siostra krzyczała: <Ratuj mnie, pomóż mi>. Ja mówię: <Jola, skacz, ja cię złapię>. Sam osobiście wywaliłem drzwi, a strażak uciekł. Strażak, który ma obowiązek ludziom życie ratować. To ja, zwykły cywil, wiedziałem, co zrobić, a oni latali wokoło hotelu i nie wiedzieli" - twierdzi mężczyzna.

>>> Hotel płonął jak pochodnia. Zginęły dzieci

Strażacy argumentują, że jedynym ratunkiem dla uwięzionych ludzi był skok z okna. "Tam była zbyt wysoka temperatura. Każdy, kto wszedłby do środka, zginąłby w mgnieniu oka" - mówi jeden ze strażaków.

Akcję ratunkową utrudniały nie tylko ogromne płomienie i dym, ale też zamknięte drzwi do budynku i brak wody w hydrantach.

Świadkowie twierdzą, że budynek przy ulicy Wolińskiej, w którym zakwaterowanych było 77 najbiedniejszych osób z Kamienia Pomorskiego, bardziej przypominał ruinę niż dom. "Pytam: kto mógł pozwolić na to, by tylu ludzi mieszkało w takim budynku? Przecież on był zbudowany z łatwopalnych płyt i do tego obłożony azbestem" - mówi nam Krzysztof, właściciel firmy budowlanej, jeden z sąsiadów ofiar. To właśnie azbest sprawił, że płomienie nie wydostały się na zewnątrz, a wnętrze budynku zmieniło się w rozżarzony piec. Do tego tlący się azbest wydzielał chmury trującego gazu.

Urzędnicy z Kamienia Pomorskiego nie mają sobie jednak nic do zarzucenia. Ich zdaniem budynek był w dobrym stanie technicznym, a dowodem na to mają być ekspertyzy przeprowadzone przez odpowiednie służby. Jakie? Tego już samorządowcy nie potrafili powiedzieć. "Nie mamy sobie nic do zarzucenia. Dementujemy wszystkie informacje o złym stanie technicznym budynku" - mówi nam kategorycznym głosem zastępca burmistrza Kamienia Pomorskiego Andrzej Jędrzejewski. "Budynek nadawał się do mieszkania" - dodaje.

>>> Ofiar pożaru może być więcej

Mniej kategorycznie mówi już jednak zarządca budynku. Według niego materiały, z których zbudowany był hotel, były łatwopalne. "Czuję się w pewnym stopniu odpowiedzialny za to, co się stało. To był budynek o lekkiej konstrukcji. W ścianach z płyt paździerzowych był styropian i wełna izolacyjna, czyli bardzo łatwopalne materiały" - mówi dyrektor zakładu gospodarki mieszkaniowej Krzysztof Gawroński. Potwierdza to wojewoda zachodniopomorski Marcin Zydorowicz. "Mam duże zastrzeżenia co do jakości elementów, z których wybudowany był hotel" - mówi DZIENNIKOWI Zydorowicz.

"Budynek wielorodzinny zamieszkany przez tak dużą liczbę osób nie powinien być wykonany z takich materiałów" - twierdzi Jerzy Staniak, rzeczoznawca ds. zabezpieczeń przeciwpożarowych. Jego zdaniem ściany działowe były wykonane z nieodpornych na ogień elementów, dlatego płomienie błyskawicznie rozprzestrzeniły się po całym budynku. Podkreśla, że raz oddany do użytku budynek nie jest już potem kontrolowany przez strażaków.

Śledztwo w sprawie pożaru wszczęła już prokuratura. "Zabezpieczyliśmy już oryginalną dokumentację budynku. Sprawdzimy, czy budynek był bezpieczny. Mamy już kilka hipotez co do przyczyn wypadku, ale takimi informacjami nie mogę się dzielić" - wyjaśnia prokurator rejonowy w Kamieniu Pomorskim, Jarosław Przewoźny.

>>> Ten hotel nie był pod nadzorem straży

W szczecińskiej katedrze archidiecezjalnej arcybiskup szczecińsko-kamieński Andrzej Dzięga odprawił wczoraj mszę żałobną w intencji zmarłych. Premier Donald Tusk zapowiedział na miejscu tragedii, że przekaże z budżetu 4 mln zł na odbudowę spalonego budynku.

"Mogę zapewnić, że pomoc będzie pełna i wystarczająca, jeśli chodzi o szybkie zapewnienie miejsca zamieszkania tym, którzy ocaleli z tej katastrofy" - powiedział premier. "Możemy bezpłatnie przekazać grunt pod nowy budynek" - dodał. Prezydent Lech Kaczyński obiecał, że "mimo złej sytuacji finansowej swojej kancelarii" również wspomoże poszkodowanych. "Ja na pewno zrobię wszystko" - stwierdził. Rzecznik rządu Paweł Graś poinformował, że minister spraw wewnętrznych i administracji Grzegorz Schetyna zdecydował o przeprowadzeniu kontroli w podobnych budynkach socjalnych w całym kraju.

ŁUKASZ ANTKIEWICZ: O której godzinie dowiedział się pan o pożarze?

STANISŁAW CELOCH: To było pół godziny po północy. Obudziła mnie żona. Płakała i krzyczała, że się pali. Wyjrzałem przez okno i zobaczyłem jedną wielką pochodnię. Natychmiast pobiegłem na miejsce, bo to ledwie sto metrów od mojego domu.

Co się działo na miejscu?

To, co zobaczyłem, przekraczało moje najczarniejsze wyobrażenia. Nigdy nie widziałem tak ogromnej tragedii. Budynek błyskawicznie zajął się ogniem jak pudełko zapałek. Pękały ściany. Słychać było skwierczenie, czułem niesamowity smród. Potem zjawiła się straż pożarna, karetki pogotowia...

Próbował pan ratować ludzi?

Już nie było szansy na żaden ratunek. Ogień był tak duży, że wejście do budynku było dla mnie zbyt niebezpieczne. Co bardziej odważni próbowali jednak wejść w płomienie. My staraliśmy się podejść i otworzyć drzwi do wyjścia awaryjnego, ale były szczelnie zamknięte. Ktoś z mieszkańców hotelu łomotał w nie od środka. Nie mieliśmy czasu na wyłamanie drzwi, bo ogień szybko się rozprzestrzeniał. Tym ludziom już nie dało się pomóc.

Ratowali się na własną rękę?

Dorośli skakali z okien, ale matki z dziećmi bały się wysokości. Widziałem, jak córka mojego sąsiada stała w oknie na drugim piętrze i trzymała dziecko w ramionach. Krzyczała do mojego kolegi: „Darek, ratuj mnie! Darek, ratuj mnie!” Wołaliśmy: „Skacz!”. Nie odważyła się i za chwilę całą ją ogarnęły płomienie. Spłonęła żywcem.

Nawet strażakom nie udało się jej uratować?

Niestety. Mamy do nich żal. Strażackie samochody nie miały podnośników, aby pozabierać ludzi z wyższych pięter. Dość późno uruchomiono hydranty z wodą. Może dało się uniknąć aż tak dużej tragedii. Może część z tych ludzi by żyła...

Co teraz państwo zrobią?

Nie wiem. Czujemy ogromną rozpacz i smutek. Ja nie spałem całą noc, żona cały czas płacze. Zginęli nasi przyjaciele i znajomi. Mojej sąsiadce w pożarze zginęła córka Beata z trójką dzieci. Pomagamy tym, którzy przeżyli, jak tylko możemy.

*Stanisław Celoch jest mieszkańcem Kamienia Pomorskiego, prowadzi zakład szklarski niedaleko budynku, który spłonął.