Gehenna Marokańczyka w Polsce. Przez ABW
"Dzień Dobry, jestem funkcjonariuszem ABW. Chciałbym z panem porozmawiać" - ten telefon Chakib Marakchi, dziś 30-letni absolwent Politechniki Krakowskiej, odebrał pod koniec 2007 r. Marokańczyk twierdzi, że dzień w którym przekroczył próg siedziby krakowskiego ABW był początkiem trwającej ponad dwa lata gehenny.
- ABW raportuje: CBA mogło przeciekać
- Marokańczyk terrorystą? Dowody są tajne
- Marek Dochnal był szpiegiem?
- Przyznał, że planował masakrę w metrze
- Po Kaczyńskim z komisją spotka się szef ABW
- Donoszą na przetarg na unijne zlecenia
- ABW bierze się za największych aferzystów
- Wszystko, co musisz wiedzieć o opalaniu >>>
Pogoda
POLSKA
Wtorek 2012-05-29

temp. min 4°C max. 24°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Marakchiego nie tylko wyrzucono z kraju, w którym mieszkał osiem lat, gdzie miał przyjaciół i narzeczoną. Jako persona non grata nie ma dziś wstępu ani do Polski, ani żadnego innego państwa należącego do strefy Schengen.
Agent na wyłączność
Zaczęło się kulturalnie. Na pierwsze spotkanie Marakchiego zaproszono do siedziby ABW. Przy kawie poznał swojego agenta. Marcin - bo tak się przedstawił funkcjonariusz - pytał go o działalność w samorządzie studenckim, arabskich znajomych, jego plany na przyszłość. Nie dociskał, gdy Marakchi twierdził, że przytaczane mu arabskie nazwiska, słyszy po raz pierwszy. Kazał mu tylko podpisać świstek papieru i obiecać, że o spotkaniu nie piśnie nikomu ani słowa. – Podpisałem w nadziei, że dadzą mi spokój – mówi Marokańczyk.
Nic bardziej mylnego. Agent Marcin zaczął dzwonić regularnie i prosić o spotkania – Zadawał te same pytania. Chciał wiedzieć skąd znam o wicekosnula USA, pytał o moje wyjazdy do Francji, chciał wiedzieć z kim się tam spotykam. Tłumaczyłem, że we Francji leczy się moja chora na raka matka i jak chce to może wszystko sprawdzić – opowiada Marakchi. Agent Marcin robił się coraz bardziej niecierpliwy. Kolejne rozmowy były już coraz mniej przyjemne.
Zamachowiec ze sklepu z fajkami
W końcu funkcjonariusz wyłożył karty na stół. Na jednym ze spotkań pokazał Marakchiemu donos, z którego wynikało, że Marokańczyk jest członkiem organizacji terrorystycznej Selafija Jihadija i planuje zamach na Wydział Spraw Obywatelskich i Cudzoziemców. Właśnie w tym celu otworzył swój sklep z pamiątkami afrykańskimi okno w okno z budynkiem urzędu. – Usłyszałem, że mam zacząć współpracować, bo jeśli odmówię, wyrzucą mnie z kraju. Ja nie miałem pojęcia o co chodzi. Pierwszy raz słyszałem o tej organizacji. Gdy sprawdziłem w internecie, okazało się, że jej członkowie nie mają nic wspólnego z moją ojczyzną. Ale dla agentów to nie miało znaczenia – mówi Marakchi. Na kolejnych spotkaniach konsekwentnie zaprzeczał, jakoby miał coś wspólnego z wywrotowymi organizacjami islamskimi i odmawiał współpracy. W tym czasie zdążył już sprzedać udziały w sklepiku i obronić dyplom na wydziale inżynierii Elektrycznej i Komputerowej na Politechnice Krakowskiej. Jego promotor, prof dr hab inż Józef Gawlik zaproponował mu studia doktoranckie.
>>>Czytaj dalej>>>





















Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!