*: Z całym szacunkiem, moje archiwum jest tajne i będzie takie przez najbliższe sto lat.
Budowaniem wizerunku z użyciem marketingu narracyjnego, najskuteczniejszego dziś narzędzia. Przeprowadzam polityków z XIX do XXI w.
(śmiech) Tak było kiedyś. Dzisiaj dziennikarz czy publicysta nie jest mi do niczego specjalnie potrzebny, bo to już nie wy - z całym szacunkiem - tłumaczycie ludziom politykę. Media,
politolodzy i socjolodzy przestali być potrzebni w starej roli - objaśniających, co polityk zawarł w mądrej kilkugodzinnej wypowiedzi. Kilka lat temu jedno zdanie polityka było równe akapitowi
składającemu się z 5 - 6 wersów i tylko kilka tysięcy ludzi w Polsce rozumiało, co ten polityk ma na myśli, a Jadwiga Staniszkis, Marek Migalski i Piotr Zaremba przekładali to czytelnikom i
widzom. Obecnie polityk mówi: "Yes, yes, yes" albo "Cudownie mi z wami. Nie jedzcie zbyt tłusto. Spotkamy się po majówce i wtedy opowiem, co moi ministrowie zrobili dla
Polski". I po co tu jakiś pośrednik?
Za pięć lat okaże się, że komunikacja jest budowana ponad nimi albo obok nich. Że w ogóle będzie ich omijać. Nie trzeba głębokiej przenikliwości, by dostrzec ten proces. Pięć lat temu
ton w polityce nadawała jedna gazeta plus "Wiadomości" o 19.30 i może poranne "Sygnały Dnia". Tam mówiono, jak rozumieć to, co się dzieje, kto jest dobry,
kto zły, kto jest kompletnym wariatem, a kto ostoją rozsądku. A dziś? Duże media mają do powiedzenia prawie tyle samo ile Kataryna, Maria-Dora, Azrael czy inni trend bloggerzy. Może są
głosem silniejszym, ale jednym z wielu.
Nie tylko. Ludzie coraz trudniej znoszą manipulację, a polityka - utożsamiana przez nich właśnie z ciągłą manipulacją - przestaje ich obchodzić. Coraz krytyczniej patrzą na autorytety i
coraz trudniej wierzą elitom. Polityka idzie sobie, a ludzie sobie. Z dala od tego wszystkiego.
Dziesięć lat temu kilku publicystów w sejmowej restauracji "Hawełka" było w stanie obalić rząd, a wcześniej na drugie śniadanie odstrzelić ministra. Wspólnie mogli
przekonać opinię publiczną do każdej tezy. Dziś to już niemożliwe, bo znikoma część komunikacji odbywa się za ich pośrednictwem. Komunikacja jest rozproszona, zresztą zmienia się też
sama polityka. Dziesięć lat temu minister obrony był królem życia i śmierci dla żołnierzy i dla obronności kraju. Dziś Bogdan Klich może polecieć do Afganistanu i zrobić sobie kilka
zdjęć. Niewiele więcej. Jego rola została zredukowana przez organizmy multinarodowe.
Niektórzy tak. W podobny sposób zmieniła się rola parlamentu. Gdyby posłowie, którzy wcześniej stanowili prawo i wyznaczali najważniejsze trendy rozejrzeli się spokojnie, dostrzegliby, że
polityka tworzona jest obok Sejmu. Że najważniejsze procesy dzieją się obok: w internecie, mediach, w politycznym PR.
Na pewno administrują. Mniej lub bardziej sprawnie. Jeśli mają wizję, jeśli potrafią tę wizję zrealizować wspólnie z ludźmi, wciągając ich do swojej narracji, to można powiedzieć, że
rządzą. Ale jeśli zamykają się w swoich kancelariach i pałacach, to oni sobie, a ludzie sobie. Jedna strona jest drugiej zbędna. Organizmy multinarodowe, NATO, Komisja Europejska, Unia,
zabezpieczają to, czym jeszcze niedawno rządzili politycy: armia, gospodarka, infrastruktura. Ceny połączeń telefonicznych w Polsce, to gdzie biegną autostrady, gdzie jadą polscy żołnierze
na misje - to wszystko decyduje się już bez nich. Dla polityków bez charyzmy rzeczywiście pozostaje robienie dobrej miny do tej gry.
Bez przesady. Pomagamy politykom skomunikować się z ludźmi.
?
Sami wiedzą, że nie są wielkimi rycerzami rzeczywistości i czarownikami. Bo nie jest już tak, że mając telewizję państwową, dzierży się rząd dusz.
Niewielkie. To już nie tu idzie batalia. Dobrą historię można sprzedać nawet przez bloggera.
Wygrywa ten, kto lepiej opowie swoją historię, kto ma lepsze zaplecze. Ten, kto głosi długie referaty i czeka, że ktoś wygłosi kontrreferat, traci widownię. Najskuteczniejszą techniką jest
dziś ta, którą nazywam marketingiem narracyjnym, tworzeniem ciekawej opowieści, porywającej story do powtarzania w windach, w 30 sekund. Takich jak opowieść, że paliwo jest za drogie i
polityk pokazuje to, tankując do baku - albo o grillowaniu, które jest uproszczonym przekazem, że dobrze rządzę.
Niekoniecznie. Jeżeli przed wyborami Roman Giertych opowiedziałby ciekawą historię o np. zgermanionej, uległej Niemcom Polsce, natychmiast uruchomiłby podział na tych, którzy uznają, że to,
co mówi Giertych, jest ich prawdą. Wtedy druga strona opowiada inną historię - kontrnarrację. W efekcie frekwencja wyborcza zaczyna rosnąć jak na drożdżach. Choć oczywiście nikt się nie
zagłębi w temat, nikt nie zbada stopnia zgermanizowania kraju. Kto trafi w czuły punkt, kto spowoduje, że ludzie będą opowiadali sobie jego historię w windach, ten wygrywa. Nie są do tego
potrzebni Karnowski, Staniszkis czy Migalski. Ani nawet Michnik czy Krasowski.
Optimum: polityk ma ideę, a jednocześnie jest otwarty na takie zabiegi. Nicolas Sarkozy jest tu najlepszym przykładem. Przed wyborami powiedział, że skończy z socjalem 35 godzin pracy, z tym
wszystkim, co blokuje rozwój i dynamikę Francji. To było jego przesłanie. Ale jak je opowiedział! Choćby zwołując konferencję prasową o 4.30 rano, na giełdzie towarowej w Rungis, bo
chciał pokazać, że jest z tą Francją, która budzi się wcześnie i ciężko pracuje. Dwa dni później zwołał konferencję prasową o północy z anestezjologami w szpitalu po to, żeby
pokazać, jak ciężko pracują ludzie, nie patrząc na jakiś bzdurny przepis o godzinach pracy. A jak pokazał, że tożsamość narodowa jest dla niego ważna? Wystawa w bibliotece Mitterranda
miała tytuł "Od Achillesa do Zidane’a", gdzie wszyscy bohaterowie świata okazali się być Francuzami. To Francuzi coś wymyślali, dawali innym, a tamci tylko to
rozwinęli. Gdyby w Polsce ktoś zrobił wystawę "Od Króla Popiela do Roberta Kubicy", to między nimi zmieściliby się Bolek i Lolek, Piłsudski, Malinowski odkrywający świat,
genialni deszyfranci Enigmy, Curie-Skłodowska, idący dziś w zapomnienie Dywizjon 303 itd. Francuzi potrafią posługiwać się marketingiem narracyjnym, budując w ten sposób swoją tożsamość.
Potrafią to też Rosjanie, kręcąc "1612", potrafią również Amerykanie. Tylko Polacy zastanawiają się, czy to wypada? Bardzo wypada!
Ale jako uzupełnienie, a nie przekaz podstawowy. Komunikacja polityczna wyglądała tak, że polityk wychodził na plenum partii, dziennikarze szli do galerii, polityk coś mówił, zazwyczaj
nieskładnie, choć w mądrej głowie miał często wielką wizję, której nie potrafił przekazać. Potrzebował więc dziennikarzy. Sam swojej narracji nie potrafił opowiedzieć w kilkadziesiąt
sekund obrazem i dźwiękiem, skojarzeniem. I tylko tym! Dlatego w tej chwili robi porządki w domu w Krakowie i czeka na przyjazd żony.
Nie umiał.
Tak, nie był najgorszy. Były chwile, gdy bardzo się starał, tu zgoda.
Nie potrafił jednak tego przełożyć na język konkretów. Nie pojechał na podwarszawskie osiedla i nie powiedział chuliganom, że są patologią i za chwilę wejdzie tu Kaercher, odkurzacz,
który zrobi z nimi porządek. Gdyby to powiedział ostro i w tamtym krajobrazie, skupiłby emocje społeczne. Jedni byliby za, bo trzeba pogonić chuliganów, inni przeciw, bo ważne są prawa
obywatelskie. I poszliby zagłosować.
W sumie to była ciekawa, zborna opowieść, w której nawet element "spieprzaj dziadu" dobrze się wpasował. Podobnie jak pognanie na "yachting immigration"
Ryszarda Krauzego. Element wściekle atakujących mediów też pasował. Elity mówiące, że to zagraża demokracji i późniejsza historia z rzuconym przez Niemców kartoflem też, jak najbardziej,
pasowała do tej narracji.
Obecny premier dopiero dwa tygodnie przed wyborami zrozumiał, jak się wygrywa w polityce. Zauważmy, że trzy tygodnie przed wyborami był poniewierany, wyzywany od ciamciaramci i niewielu dawało
Platformie szanse. Zaważyły dwie sprawy - debata, w której Tusk zastosował niezłą kontrnarrację, gdzie obnażył słabość szeryfa Kaczyńskiego. Wprowadził gromadę dzieciaków i usadził
za Kaczyńskim. Docinały o niewypastowanych butach, Lepperze, przezywały i gwizdały, mając jeden cel: wyprowadzić go z równowagi. W tym momencie szeryf przeszedł najważniejszy test kampanii.
Mógł przerwać debatę i zażądać twardo, że albo straż telewizyjna za chwilę to towarzystwo wyprosi, albo on wychodzi. Wtedy kontynuowałby swoją opowieść o silnym przywództwie, o
zdolności wyegzekwowania reguł. Ale on udawał, że nie widzi tego, co widziała cała Polska. I przegrał. Balon, sprawnie nakłuty, pękł. Bo skoro nie może poradzić sobie z tymi dzieciakami,
to jak poradzi sobie ze sprawami Polski? Zdecydował obrazek, scena - nie słowa.
Nie było żadnego uzasadnienia, żeby Donald Tusk wylatywał do Wielkiej Brytanii w szczycie kampanii, ponieważ to, co przynosi zagranica to maksimum 30 tysięcy głosów, na dodatek głównie ze
Stanów Zjednoczonych. Gra szła o może 2 tysiące głosów, czyli nic. A on poleciał, zostawiając debaty TV, możliwość spotykania się z ludźmi na wielkich wiecach.
Oczywiście, że nie. Szukał głosów ludzi uważających, że w Polsce nie ma przyszłości, nie ma mocy. I do tego potrzebna mu była opowieść o cudzie. W istocie ten komunikat był skierowany
do ludzi w Polsce: nie musicie wyjeżdżać, razem stworzymy cud. Zaprosił ludzi do udziału w cudzie. I świetnie odegrał ostatnie dni kampanii - pochylonego, wsłuchanego w ludzi, proszącego,
wręcz żebrzącego o głosy.
W niewielkim stopniu. Tusk pokazał się w Londynie, wśród młodych, i wszyscy musieli to nadać. Ale on kontrolował przekaz. Porównam to do ostatnich chwil kampanii Sarkozy’ego i
Royal. Royal spotykała się z mastodontami partii socjalistycznej. Sarkozy natomiast przejechał na białym koniu w stroju z westernu - czego organizacja trwała wcześniej półtora miesiąca -
ubrany w lekki strój, jeansy. W tle były stepy Camargue. Nie trzeba było nawet podkładu muzycznego, powstała scena jak z "W samo południe". Szefowie stacji telewizyjnych nie
mieli wyjścia, musieli puścić ten obraz. W następnej turze pojawił się w miejscu, w którym grupka Francuzów broniła się w czasie I wojny światowej przed atakującymi Niemcami: 15
Francuzów kontra kilkutysięczna grupa Niemców. Bronili się tam przez kilka dni. I oglądaliśmy znowu sam obraz: białe krzyże i Sarkozy. Przesłanie jasne, wyjątkowo jasne.
Teraz kampania jest permanentna. Każdego dnia, budząc się i włączając rano radio lub telewizję, mamy do czynienia z linią dnia, z pierwszym przekazem, pierwszą historią, która będzie
grana tego dnia do oporu. Najciekawsze historie mogą trwać po trzy dni, maksimum tydzień. I potem zamieniane są w następne.
Ci, którzy są lepsi. Znowu odpowiem przykładem z Francji. W pewnym momencie pojawiła się informacja, że złapano posła rządzącej partii UMP na tym, że pobierał w ostatnich dwóch latach
zasiłek dla bezrobotnych. Media szybko rozrabiają sprawę. Ale politycy UMP przykrywają to informacją, że Nicolas Sarkozy zgłosił przed godziną wniosek do UNESCO, by wpisać na listę
dziedzictwa narodowego świata kuchnię francuską. Mija pół godziny i to jest tematem dnia. O sprawie zasiłku zapomniano - bo to o kuchni ludzie będą dyskutować w windzie.
Nie. Komunikat mógłby brzmieć tak: prezydent chce, by Kraków został dopisany do miast, w którym odbędzie się Euro 2012. To przykryłoby absolutnie wszystko.
Wszyscy, którzy potrafią.
Mamy do czynienia z paroma procesami naraz. Po pierwsze ze zmianą wewnątrz środowiska dziennikarskiego, które jest skłócone i walczy o newsy za wszelką cenę. Po drugie, wygrywające historie
są po prostu tak ciekawe, że nie można ich nie puścić.
Szczerze? Wasza gazeta jest już zaplanowana poprzedniego dnia. Zanim dojedziecie na kolegium redakcyjne, słuchacie radia, telewizji i przeglądacie inne gazety - i już wiecie, co jest tematem
dnia. Tylko że tak naprawdę to nie jest wasz temat dnia.
To nie jest odkrycie. Tak się uprawia politykę na całym świecie.
Prawie 80 proc. linii dnia to w tej chwili przekazy Platformy, 20 proc. PiS. Błędem PiS jest nieumiejętność stworzenia ciekawej narracji dla ludzi - nie liderów. Spin doktorzy PiS skupili się
na podrzucaniu tematów dla tych samych odbiorców przez te same kanały dystrybucji. Do nich należy więc niedziela wieczór z informacją, co też poda następnego dnia jeden z tygodników. Do PiS
należy więc poniedziałek z przekazem, że np. Julia Pitera nie zapłaciła podatku, Ćwiąkalski uniewinnił gang obcinaczy palców itd.
Inne kanały dystrybucji używane przez spin doktorów PiS zamykają się przed nimi. Dziennikarze śmiać się zaczęli z jakości ich "wrzutek", nie są one też tak ciekawe, nie
niosą bowiem emocji w rozumieniu opowieści, które mogłyby żyć dłużej, i które jak fala rozchodziłyby się po ludziach. To potrafią opowiadacze historii, czyli story spinnersi. Ich celem
nie jest prostackie zdobycie głosu na daną partię polityczną, ale opowiedzenie ciekawej historii, którą ludzie będą sobie powtarzać. A PiS nie ma w tej chwili swojej historii.
Mit założycielski PiS runął wtedy, gdy runął mit szeryfa z westernu.
Nie. To była sinusoida, która przebiegała w miarę stabilnie. Z tamtych kryzysów wizerunkowych mógł wyjść kocią sprawnością, ale z tego już nie.
Nowoczesnego, uśmiechniętego państwa. Z jednej strony opiekuńczego - gest niemowlęcia z orędzia grillowego, z drugiej strony nowoczesnego - nie uciekajcie, zostańcie z nami. Będzie normalnie
i nikt nie będzie do was strzelał, możecie robić biznes, możecie się kochać z kim chcecie, jeśli tylko druga osoba to akceptuje.
Na dobre czasy. Kto przyporządzi i opowie kontrnarrację pierwszy, będzie miał szansę tę narrację zniweczyć. Bo to opowieść podatna na atak.
Nie. Tak by było, gdyby kluczył i powiedział: jadę do Peru i będę ciężko pracował. A on był szczery i stwierdził: będzie fajnie, żonie też się podoba, marzyła o tym.
Historia o złych mediach doskonale sprawdza się wtedy, gdy wytworzyliśmy narrację dominującą, opowiedzieliśmy ją, skupiając już na niej emocje ludzi. Jeśli przeciw nam i naszej historii
występują złe media, tylko nas to wzmacnia. Tak jak w historii z gejami i Niemcami. Idziemy pod prąd, złe media atakują - i to nas wzmacnia. W momencie, gdy nie mamy nic do powiedzenia, a media
są przeciwko nam, tylko przegrywamy. Nie budzimy sympatii, bo nie wiadomo, o co nam chodzi.
Obydwie partie, które są dziś w proszku - zarówno PiS, jak i lewica - mają co roku kilkanaście do dwudziestu kilku milionów złotych każda, a pan chce, bym tak od niechcenia, tu i teraz,
zdradził przepis na dobrą kontrnarrację?
Nie. I to nie tylko dlatego, że wykonanie jest fatalne - aż do stwierdzeń, że to przez Platformę śnieg spadł i dlatego nie ma prądu w Szczecinie. Bo kto traktuje taki przekaz poważnie? Poza
tym, to nie jest story do powtarzania przez ludzi w windach, z wypiekami na twarzy. Co gorsza, buduje tylko obraz pisowców, którzy nie chcą sukcesu Polski i wciąż plują Tuskowi do zupy. Na
tysiąc sposobów da się to rozegrać inaczej.
Dokładnie tak. To ta sama Rosja, tylko pomalowana. Wokół może być kompletny nieład, ale przekaz jest dobry. A co mówi poseł PiS Joachim Brudziński? Ciągle powtarza, że się Tuskowi nie
uda. I nic więcej nie ma do powiedzenia.
Jeśli zdarzy się jakaś wpadka, potknięcie, duża historia typu gang obcinaczy palców albo Tusk nie radzi sobie z przekazami z Peru, wtedy każda sprofesjonalizowana partia polityczna uruchamia
Stańczyków. I albo takiemu Stańczykowi w nieznanych okolicznościach ktoś podpala samochód i to jest sprawa, która może przykuć uwagę opinii publicznej na dwa, trzy dni, albo wychodzi
Stańczyk i mówi, że ważny polityk opozycyjnej partii jest zarażony HIV. Opozycyjna partia robi konferencję prasową, ogłasza, że to kłamstwo, oddaje sprawę do komisji etyki poselskiej,
komisja etyki musi się zebrać, więc mamy kolejny news. Machina ruszyła. Wpadka została przykryta czymś, co zogniskowało uwagę.
Polityka jest zajęciem wyłącznie dla dużych chłopców.
Odpowiem tak: jeden z moich przyjaciół, gdy coś niezbyt sympatycznego działo się z sondażami poparcia dla jego klienta - to było poza Polską - wymyślił, aby przywódca wyzwolił z rąk
terrorystów przetrzymywanego obywatela tego kraju. Poleciał z siłami specjalnymi, a ponieważ wiadomo, gdzie jest przetrzymywany od ośmiu lat, 30 uzbrojonych ludzi odbiłoby zakładnika i
wróciło do kraju. Było to możliwe i nie wiem, czy nie zostanie jeszcze zastosowane.
Gdyby tego nie robili, znaczyłoby to tyle, że nie wiedzą, jakie jest miejsce geostrategiczne Polski i o co toczy się gra.
Wielu przynajmniej się stara. Cieszę się, gdy polityk z kręgosłupem, ten z XIX w., przejdzie sprawnie do XXI w.
Zbyt wielkie i nieudolnie zbudowane kłamstwo ma krótkie nogi. Dobra narracja, historia, oparta na zakłamaniu, wcześniej czy później detonuje. Będzie duże bum. I sporo odłamków. To się po
prostu nie opłaca. Dobra opowieść buduje historię z prawdziwych elementów, jedne z nich uwypuklając, inne pomijając.
Kwestia techniki. Media opowiadające się jawnie i bez przebaczenia przeciwko Kaczyńskiemu mogą go wzmocnić, o ile wcześniej opowie on porywającą, zrozumiałą dla ludzi historię. Poprzednia
legła w gruzach.
To są historie ciekawe, niosą emocje i nie niosą ideologii. Te historie wychodzą też w dobrym momencie. Jeśli się nie wyczerpie tematu, a nie ma kontry ze strony PiS, to nie ma sensu wrzucać
następnej historii. Lepiej odczekać i mieć pod ręką kilka historii, które można po kolei prezentować.
Każdy ma, i nie ma w tym żadnej sensacji. Śmieszył mnie zarzut poważnego tygodnika, że oto Jacek Kurski - wielkie odkrycie - w czasie kampanii PiS sporządził listę historii przeciwko
Tuskowi. Przecież to elementarz. Gdyby nie miał takiej listy, znaczyłoby to tylko tyle, że się nie nadaje do tego, co robi. Tak samo ludzie w zapleczu Tuska mają już dziś historie do końca
kadencji i jeszcze jeden dzień dłużej. Taki ich obowiązek.
Opowieść o rzekomych zbrodniach PiS rzeczywiście się wysyca. Ale każda historia jest inna. Jedna jest o sporcie, druga o kulturze, o kuchni czy wyścigach samochodowych. Historie, które
pojawiają się co drugi, trzeci dzień zaciekawiają publikę, pokazują, że będzie lepiej, a ci wszyscy, którzy ekipę PO atakują, są niedorajdami - im nie wyszło i nie zniosą sukcesu
PO.
To pytanie o kontrnarrację, kto pierwszy z nią wyjdzie - lewica czy PiS, kto pierwszy się zorientuje w tej grze. Naboje będą zawsze. Najpierw będą płonęły rowery, później samochody,
samoloty, później rakiety. Najpierw będzie oskarżenie, że ktoś ma zeza, później, że ktoś jest alkoholikiem, a jeszcze później będzie oskarżenie, że ktoś ma HIV i zaraził nim pół
miasteczka.
Jeżeli jedno medium tego nie kupi, inne będzie miało newsa.
Jeśli jest to dobra historia, dobrze opowiedziana, dobrze napisana, to tak.
Margines wyboru się zawęża. Tak jak w przypadku Sarkozy’ego jadącego po stepie - trudno zbagatelizować ten obraz, niesłychanie trudno, a wręcz niemożliwe byłoby go skomentować na
sposób anty-Sarko. Pamiętajmy też, że dobre historie, najlepsze historie, nie są wprost polityczne. Polityka pojawia się niejako obok.
Chyba że za chwilę będziemy mieli wejście mocnego lidera, który wyjdzie i powie: wszyscy mi mówią, żebym czekał do sierpnia, a ja podejmuję decyzję już teraz i przyjmuję decyzję
rezygnacji minister Ewy Kopacz z zajmowanego stanowiska.
W każdej chwili. To najsłabszy minister tego rządu pod względem wizerunkowym. Słuchając jej, patrząc na roztrzęsione ręce, rozbiegany wzrok, strach się bać. Porażka.
Rafał Grupiński, Agnieszka Liszka i Tomasz Arabski. To oni co rano opowiadają ciekawą, sympatyczną historię, przy której nie chcemy wyjeżdżać z kraju, nie chcemy wyjmować pistoletu,
pojawia się uśmiech na naszej twarzy. To historie do budzenia.
Główny trzon przekazów nadaje kancelaria premiera.
Na początku była to typowa wizerunkowa operacja autopromocyjna, jakich w Sejmie wiele. Teraz to już sytuacja bardziej skomplikowana. Klasycy teorii propagandy zastanawialiby się, czy to nie jest
przypadek tzw. pożytecznego idioty - czyli osoby, której się używa, a ona się cieszy. Zawsze gdy Janusz Palikot występuje z czymś ostrym, fokalizującym uwagę opinii publicznej, należy się
cofnąć o sześć godzin. Sprawdźmy, co się stało pół dnia wcześniej tak niekorzystnego dla PO, że musiał pojawić się na scenie.
Tak. Zastanówmy się, co przykrywa Palikot swoim pojawieniem się. Przez ostatnie pół roku był to zawsze moment, gdy coś Platformie się wymykało. Jakaś opowieść skręcała w niekorzystną
stronę albo pojawiała się kontrnarracja, bo Jacek Kurski dochodził na chwilę do głosu i było gorąco.
PiS nie potrafi grać tymi samymi narzędziami. Typowy poseł PiS, ten ze stajni dopuszczonej do występowania przed kamerami, wychodzi i dla zwykłego pogadania coś sobie snuje, ale nic nie
opowiada. Często wręcz podtrzymując opowieść Platformy. Podobnie jak ogień podtrzymuje się zapałkami, tak pisowcy nieświadomi mechaniki narracji podtrzymują opowieść Palikota i opowieść
Palikota zaczyna się kolebać. Od ściany do ściany, od medium do medium, od windy do windy. Ludzie sobie powtarzają wymyślone przez niego historie.
Tak jak zrobił Tadeusz Cymański, wychodząc ze studia telewizyjnego. Nie będzie z nim rozmawiał. Zdecydowanie, jasno. Odmiennie od zachowania innego posła PiS, Pawła Poncyljusza, wręczającego
mu wina marki Wino, co to tylko podgrzało narrację, z którą wyszedł Palikot.
Nie ma lewicy, nie ma liderów, nie ma opowieści, nie ma historii. Nie ma nawet nazwy. W Polsce nie ma lewicy.
Prezydent Lech Kaczyński został wsadzony na wizerunkową karuzelę.
Ledwie kilka osób rozumie, co się wydarzyło w Gruzji, bo nie znaleziono ciekawej opowieści. Budzącej emocje zarówno wobec sprawy gruzińskiej, jak i wobec urzędu Prezydenta RP. Zabrakło
czegoś do opowiadania w windach. Jak choćby to, że pilot polskiego samolotu nr 1 z prezydentem na pokładzie, w drodze do Gruzji został zaatakowany przez rosyjskie MiGi i zmuszony do lądowania
na terytorium Rosji. Wyobraża pan to sobie?
Nie, ale mogły pojawić się przesłanki, że to jest atak. Jednak - kontynuuję hipotetyczną opowieść - pilot mimo ataku podjął odważną decyzję, że leci do Tbilisi i tam postara się
wylądować. Każdy daje to na czerwony pasek! Polska wstrzymuje oddech. Wyobraża pan sobie tę ciszę w eterze, gdy nie można nawiązać kontaktu z polską maszyną nr 1, bo jak to zwykle, coś
tam na łączach radiowych siadło? Pierwsze pytanie ludzi, takich zwyczajnych, nieinteresujących się polityką: "słyszałeś już?", drugie pytanie: "doleciał, udało
się, prezydent żyje?" - nie Kaczor, ale prezydent! - i trzecie pytanie: "Jezu, ale dzielni są, dzielny nasz prezydent, w taką się wybrać podróż, a o co chodzi z tą
Gruzją?".
Ale pilot wierzy, że widział białe smugi przed nim. Drugi pilot też widział. I to staje się prawdą. Ludzie uświadamiają sobie lepiej, co Rosjanie robią w Gruzji, jak co chwila spadają
helikoptery i jaka jest rola - ba! - misja Polski i polskiego prezydenta. Wychodzi Radosław Sikorski, i mówi, że źródła dyplomatyczne nie potwierdzają ostrzelania samolotu, na co prezydent
odpowiada, że nie dziwi się, że Sikorski z oczywistych względów mówi tak samo jak Rosjanie.
W skutecznym przekazie - nie ma.
Tak się gra wszędzie. Tym bardziej boleć to może PiS, że w to miejsce Platforma wyszykowała swoją narrację i dziś jedyna opowieść o Gruzji to taka, że prezydenckie urzędasy przeleciały
się nie wiadomo po co za 30 tysięcy zł rządowym samolotem, jakby nie mogły rejsową Lufthansą. Paniska!
Nie ma polityki w próżni, bez ludzi. To już nie te czasy. Nie ma polityki bez rozpalenia emocji ludzi.
Odszedłem z dziennikarstwa. Wolę pisać narracje, niż być zmuszonym im ulegać.
*Eryk Mistewicz doradca polityczny, kreator wizerunku polityków, pracujący w Polsce i innych krajach specjalista marketingu politycznego