Złowieszczy sygnał poszedł w świat od polskich służb specjalnych do obcych: - Nie panujemy nad naszymi oficerami. Każdy jest do wzięcia. Musicie tylko trzymać rękę na pulsie. Mieć każdego w swojej ewidencji i gromadzić o nich trochę informacji. A potem uderzyć w odpowiednim momencie.
Nie zwiodą nikogo, kto choć trochę czytał o tajnych służbach, zabiegi maskujące, jakie podjęło szefostwo wojskowego wywiadu, aby ukryć rzeczywiste zagrożenia jakie może pociągnąć za sobą tajemnicze zniknięcia polskiego szyfranta.
>>> Służby wojskowe? Nie mamy takich
. Bitwa idzie o to, aby swąd kompromitacji wojskowego wywiadu, trwał krótko i nie zanieczyszczał za daleko zdrowego powietrza. A przecież wiadomo powszechnie, że to tylko jedna z możliwych wersji, a nie ta jedyna. Niepodważalna. Prawdziwa. Dlaczego więc premier, którego słowa powinny mieć odpowiednią rangę i wagę, niczym dziecko we mgle, za szefem wojskowego wywiadu powtarza być może bzdury. Czemu ryzykuje poważne nadkruszenie swego autorytetu premiera, gdyby okazało się, a wykluczyć tego nie można, że mamy do czynienia ze zdradą, a nie z zaszyciem się w nieznany kąt z powodu nieudanego związku małżeńskiego?
>>>Policyjna specgrupa poszukuje szyfranta
Bo . Skąd taki zarzut? Bo w normalnie funkcjonującym państwie, nawet według niezbyt wyśrubowanych standardów, nie do pomyślenia jest, aby znikał na kilka tygodni funkcjonariusz tajnych służb i nie wiedział o tym premier. A, że nie wiedział, to pewne. Sypnął go z całą prostodusznością jego rzecznik, a jeszcze niedawno prawa ręka premiera do spraw służb specjalnych, Paweł Graś.
>>>Petelicki: Jeśli go porwano, to nie zyje
Dlatego nawet wówczas, kiedy idzie na dwutygodniowe zwolnienie lekarskie, winien pozostawać pod czułą, dyskretną opieką kontrwywiadowczą. Mamy prawo oczekiwać od służb, aby zdawały sobie sprawę, jak łakomym kąskiem dla obcych służb może być oficer?, przez którego ręce, w ciągu kilu lat jego służby jako szyfranta przeszło setki tajnych informacji, a przede najróżniejszych danych i wskazówek o agentach polskiego wywiadu wojskowego ulokowanych w obcych państwach, bądź zwerbowanych z pośród miejscowej ludności. Wiadomości te dla doświadczonego analityka wywiadu mogą wystarczyć do identyfikacji całej siatki agenturalnej.
Jak się okazało opinia o nadzwyczajnych umiejętnościach ludzi służb specjalnych radzenia sobie w najtrudniejszych warunkach, w najbardziej zaskakujących sytuacja była tylko nadmuchiwanym mitem. Jakim sposobem polskie wojskowe służby mogą w tajnych operacjach przechytrzyć obce wywiady, jeśli polegli na banalnym przypadku?
Gdzie leży prawdziwa przyczyna? W amatorszczyźnie, ignorancji i lenistwie. Wszystkie one są do przezwyciężenia. Bo w końcu największy ignorant jest się w stanie po jakimś czasie nauczyć zawodowych kroków, a nawet odruchów, wykonywanych w pół śnie. Kłopot w tym, że do funkcjonowania w tajnych służbach niezbędne jest choćby minimum wyobraźni. Przy czym rzeczą naturalną jest, że im wyższy szczebel wtajemniczenia, im ktoś wyższe zajmuje stanowisko, tym jego wyobraźnia winna być bogatsza, bardziej twórcza i przenikliwa. A właśnie wyobraźni zabrakło ludziom tajnych wojskowych służb. I co gorsza ta dyskwalifikującą przypadłością obdarzeni są dowódcy.