AZRAEL*: Po pierwsze nie dotyczy to całego środowiska internautów. Salon24, na którym Kataryna pisuje i którego jest twarzą, to tylko część tego środowiska. Opinie innych blogerów są albo
różne, albo przeciwne temu, co się dzieje na Salonie24. Wynika to z tego, że na tej platformie, w tym blogowisku dominują twórcy o poglądach prawicowych. Ta grupa chciałaby narzucić
wszystkim standardy i zasady, jakie uważają za jedynie słuszne. Gdy stykają się ze sprzeciwem, jak w sprawie Kataryny, próbują to wymusić, odwołując się do instytucji świata mediów
tradycyjnych. Czyli ta pozorna niezależność i odwaga pada, gdy okazuje się, że ktoś ma inne niż oni poglądy. Ale powtarzam – to tylko jedno z wielu miejsc w sieci. Swoje teksty
umieszczam w wielu miejscach i wiem, że oceny bywają skrajnie różne – zależnie od orientacji dominującej na danej stronie internetowej.
.
Salon24, który został założony przez Igora Jankego (publicystę "Rzeczpospolitej" – red.) miał być platformą otwartą i pluralistyczną. Ale w czasie kampanii
wyborczej 2007 r. nastąpił ostry konflikt między blogerami i polaryzacja stanowisk. Wtedy to środowisko podzieliło się, duża część blogerów odeszła w inne miejsca. Wtedy ton zaczęła
nadawać grupa – jak to odbieram – propisowskich blogerów. Stali się rodzajem towarzystwa wzajemnej adoracji.
To prawda, chociaż na podstawie podanych przez was informacji zidentyfikowałem ją w kilkadziesiąt sekund. Ale jest tu faktycznie ważna sprawa. Blogerzy chyba w pewnym momencie uwierzyli, że są
tak niezależną i potężną siłą, że jakikolwiek ruch w ich kierunku wskazujący na to, że trzeba brać odpowiedzialność za słowo i za to, co się pisze, jest odbierany jako straszliwy atak.
I stąd też ta reakcja.
Bzdura, przecież Kataryna w pewnym momencie, przez to, jak szeroko ją czytano i komentowano, przez to, jak ostro pisała, stała się po prostu osobą publiczną. Jeżeli widziała, iż jej opinie
są tak szeroko komentowane, że odnoszą się do nich politycy, że zaczyna ją przedrukowywać także prasa tradycyjna, to musiała się liczyć z tym, że w pewnym ktoś zainteresuje się, kim ona
tak naprawdę jest. I wydaje mi się, że "Dziennik" mimo wszystko nie przekroczył granicy normalnego dziennikarstwa śledczego. I nie potępiam "Dziennika" za
to, co zrobił. Wyraźnie napisałem to na blogu – osoba odgrywająca dużą rolę w życiu publicznym powinna liczyć się z odpowiedzialnością za to, co pisze, niezależnie, czy robi to
pod nazwiskiem, czy anonimowo.
Sądzę, że niektórym blogerom wydaje się, iż niezależność internetu polega na braku jakichkolwiek hamulców i jakiejkolwiek odpowiedzialności za to, co się pisze. Tak niestety nie jest i
być nie może. I dlatego wszędzie, gdzie pojawiają się moje komentarze, zostawiam organizatorom tych platform swoje dane osobowe. Żeby w momencie gdy okaże się, że świadomie lub
nieświadomie przekroczyłem granice prawa, być dostępnym dla osoby, która poczuła się obrażona czy pomówiona. Część blogerów, w tym Kataryna, tego nie rozumie.
Nie sądzę, myślę, że dalej będzie pisała pod pseudonimem i dalej będzie robiła w życiu to co dotychczas. Nie sądzę, żeby jej fundacja i jej działalność na tym straciła.
To chyba pozostałość po starych dobrych czasach, kiedy nie bardzo rozumiano, czym jest wolność prasy i wolność dochodzenia do informacji. Niektórzy blogerzy nie są w stanie zrozumieć, że
wolność internetu, którą oni uważają za rzecz nadrzędną, dotyczy też prasy, która też ma prawo o wszystko pytać i wszystko sprawdzać.
Internauci mają pretensje do dziennikarzy, że się zbyt tabloidyzują. Że zbyt wiele czasu zajmują – jak choćby w TVN 24 – puste kłótnie Palikota z Kurskim czy aferki, że
dziecko spadło z trzepaka. A nie ma poważnej merytorycznej dyskusji. Poza tym szkodzi dziennikarzom ciągłe zajmowanie się samymi sobą, ciągłe wzajemne ataki i skupianie się na tym, co
napisali koledzy. To widać szczególnie na stronach internetowych gazet, gdzie takie polemiki zdarzają się za często.
Ja bym wolał, by dziennikarze bardziej patrzyli na ręce władzy i polityków, a nie komentowali siebie nawzajem.
To myślenie się pojawia. To stadne przekonanie, że pojawienie się w sieci dziennikarzy mediów tradycyjnych jest jakimś zamachem na niezależność internetu. Ja się od tego odcinam, bo ja
cały czas funkcjonuję na krawędzi. Nie wchodzę w interakcje z innymi blogerami, w pyskówki.
Nie, u mnie sprawa jest prosta, bo nigdy nie byłem związany z żadną instytucją państwową, zawsze pracowałem na własny rachunek. Więc się nie boję i się z tym liczę. Podobnie jak
świadomie wchodzę w pewne interakcje z dziennikarzami mediów tradycyjnych. Dobrze się z tym czuję.
Tak. Często.
W Polsce rzeczywiście czegoś takiego nie było. Nawet Kataryna, która ma umysł bardzo analityczny, czegoś takiego nie dokonała. Ale kilkanaście osób pisze świetnie, czasem lepiej niż
zawodowi publicyści.
Też tak uważam. Chociaż co do niektórych dziennikarzy trudno się uwolnić od podejrzeń, że nie są całkiem wolni. Jak czytam na jednym z blogów, że pewien dziennikarz zwalczał znanego
biznesmena, a potem – za sprawą pieniędzy i kobiet – został przekabacony na drugą stronę, to zapala się czerwona lampka.
A skąd mogę wiedzieć, czy "Dziennik" nie dogaduje się ze sztabami wyborczymi partii?
–
Nie sądzę. Wszystko zostanie po staremu, bo – podkreślam jeszcze raz – nic się specjalnego nie stało.
_______________________________________________
*Azrael, jeden z najbardziej znanych polskich blogerów