Śledztwo miało się ciągnąć od 2011 roku. Najpierw prowadziła je podkarpacka policja, potem przejęło je CBA i prokuratura apelacyjna. Na początku mało kto wierzył, że sięgnie ono aż marszałka K. Jak opisywała "Gazeta Wyborcza", wszystko zaczęło się od założenia podsłuchu krewnemu polityka. Z nagranych rozmów wynikało, że obiecywano mu wygranie przetargów na inwestycje w gminie Wiązownica. Wśród zapewniających o dotacjach i zwycięstwach miał być Mirosław K.
Wtedy okazało się, że sprawa nie dotyczy jednej tylko leżącej niedaleko Jarosławia gminy. CBA jednak z wejściem do urzędu czekało. Agenci pojawili się w nim dopiero, gdy Mirosław K. pojechał do Brazylii na wakacje. CBA sprawdzało dokumenty dotyczące udzielania dotacji, zatrudniania pracowników i zagranicznych delegacji.
O tym, że przyznawanie dotacji jest ustawione, mówiło się w regionie od dawna. - - takie opinie mieszkańców Podkarpacia cytował serwis nowiny24.pl. Skarżyć mieli się przede wszystkim właściciele przedsiębiorstw, które bez powodzenia startowały w przetargach albo starały się o dotacje z urzędu. - - mówił jeden z nich, proszący o zachowanie anonimowości.
Co na to sam marszałek? Po powrocie z Rio de Janeiro potrzebował kilku dni, by spotkać się z dziennikarzami i wytłumaczyć z akcji z CBA w urzędzie. Przekonywał, że nie wie, po czyich doniesieniach wszczęto śledztwo. - - mówił.
Jego rzecznik zaś tłumaczył, że owszem, marszałek dużo podróżuje, ale zawsze są to wyjazdy związane z pracą.
Wczoraj CBA zatrzymało Mirosława K., a prokuratura postawiła mu zarzuty korupcyjne, zagrożone karą od 8 do 10 lat więzienia.