Można oczywiście skwitować to najprościej: człowiek się zmienia. Możliwe, że były prezydent nie umie się już wziąć w garść, także w przełomowej dla niego chwili. Ale byli tacy, którzy od początku twierdzili, iż nie wyczuwają w Kwaśniewskim tak zwanego poweru. Że dla niego osobiście ta chwila nie jest przełomowa. Że wrócił do polityki z przymusu - bo nie ma innego pomysłu na przyszłość, bo chciał odsunąć od siebie groźbę prokuratorskich zarzutów - ale swoje obowiązki będzie wykonywał mechanicznie, z uprzejmości. Nawet jeśli Wojciech Olejniczak namaszcza go na przyszłego premiera.
Stąd pokusa, aby trochę "pokampaniowa", ale też trochę pozarabiać na różnych uczelniach, co w stuprocentowym zaangażowaniu nie przeszkadza, nie tylko dlatego, że można wpaść w złe towarzystwo i sięgnąć po butelkę. Stąd niewielka pasja jego bladych wystąpień. Stąd wyraźny brak ochoty, aby postawić wszystko na jedną kartę. To zresztą sprzężenie zwrotne: im mniej obiecująca atmosfera, tym mniej życiowej energii.
Kwaśniewski pojechał niedawno na Podlasie agitować za lewicą w uzupełniających wyborach samorządowych. Efekt był taki sobie. A jedno trzeba przyznać temu politykowi: ma on niezły słuch społeczny. Więc może każdego wieczoru przypomina sobie, że zgodził się na rolę sztandaru formacji niespójnej, bezbarwnej, pozbawionej tak zwanego bigla. I wtedy jemu samemu chce się jeszcze mniej.
To wydaje mi się ważniejsze niż pytanie, czy Kwaśniewski pociągnie za sobą lewicę w przepaść. Jest nadal bardzo popularny. Musiałby zrobić coś naprawdę strasznego, aby zaszkodzić sobie w oczach Polaków. Nasi wyborcy, poza tym morderczo logiczni i racjonalni, w jego przypadku zawieszają logikę i racjonalność na kołku. Rafał Ziemkiewicz przypominał, jak w 2000 roku w sondażach uznawano Kwaśniewskiego nie tylko za przystojniejszego, ale i za wyższego niż Marian Krzaklewski.
Rzecz w tym, że w tej kampanii popularność Kwaśniewskiego nie jawi się jako wartość dodana. I nie wiadomo, kto tu ponosi większą winę. Wyraźnie zniechęcony patron formacji czy sama formacja. To się oczywiście może jeszcze zmienić. Ale dziś koń, jaki jest, każdy widzi. Możliwe, że po części przegrywa pomysł samego Kwaśniewskiego: budowania centrolewicy ponad podziałami z niezbyt charyzmatycznymi liderami dawnej Unii Wolności na pokładzie. Ale problem jest szerszy. Liderzy lewicy wciąż nie mają pewności, czy Polacy im uwierzą. A w takiej sytuacji trudno napinać muskuły.
Jeśli Aleksander Kwaśniewski wyczuwał od początku ten falstart, niepotrzebnie dał się namówić na występ w roli sztandaru. Bo jeśli wyniki lewicy okażą się rozczarowujące - a to rzecz zawsze ocenna - inni liderzy LiD skoczą mu do gardła. Słuszne skądinąd napomnienia Marka Borowskiego, aby "morda" siedziała w kraju, to tylko zapowiedź tego, co się może w przyszłości zdarzyć.