Gdy w ostatni wtorek Aung San Suu Kyi – legendarna liderka birmańskiej opozycji, a obecnie premier – weszła do budynku birmańskiego parlamentu, drogę zastąpił jej dziennikarz BBC. –– zapytał. Ta nawet nie odwróciła w jego stronę głowy.
Kilka minut później Aung San Suu Kyi przedstawiła deputowanym – i światu – swoje polityczne credo. – – dowodziła. Ani słowa o przemocy wobec ludu Rohingya, o jaką świat oskarża birmańską armię. 400-tysięczna rzesza uchodźców, która runęła przez granicę do sąsiedniego Bangladeszu? Przecież większość Rohingya zdecydowała się pozostać w kraju, więc nie jest tak źle. A ci, którzy uciekli, będą mogli wrócić, o ile przejdą procedurę weryfikacyjną. A tak w ogóle, to rząd zapewnia mieszkańcom regionu usługi zdrowotne i edukacyjne oraz infrastrukturę.
– komentował Jonah Fisher, ten sam reporter, który próbował wejść jej w drogę w birmańskim parlamencie we wtorek rano.
Wygląda na to, że czar Aung San Suu Kyi prysł. Co nie znaczy, że należy robić z niej zwolenniczkę czystek etnicznych. Najprawdopodobniej dokonała ona wyboru pomiędzy mniejszym a większym złem – przynajmniej we własnym mniemaniu.
Podzielić nie znaczy oddać
– te frazy otwierają jej popularną minibiografię „Birmańska bojowniczka o wolność”. Ale bliźniacze zdania można znaleźć w książce „Lady i paw. Życie Aung San Suu Kyi” Petera Pophama czy „Birmańska wiosna. Aung San Suu Kyi i nowe starcie o duszę narodu” Reny Pederson. Na tej samej wizji oparł biograficzny film „The Lady” znany francuski reżyser Luc Besson.