Dziennik Gazeta Prawana logo

To nie zawał zabił Polaka na lotnisku

15 listopada 2007, 20:43
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
To nie atak serca zabił na kanadyjskim lotnisku Roberta Dziekańskiego - twierdzi Walter Kosteckyj, prawnik mężczyzny. Bezpośrednią przyczyną śmierci mogło być zatem porażenie paralizatorem przez policjantów. Jak mówi Radiu Zet mecenas, sekcja zwłok wykazała, że Polak nie był pod wpływem narkotyków ani alkoholu.

MSZ wciąż na nie czeka, a Radio ZET już zna wyniki badań patologicznych Roberta Dziekańskiego - Polaka, który zmarł przed miesiącem na lotnisku w Vancouver. Jak powiedział radiu prawnik matki mężczyzny, sekcja zwłok nie wykazała, by przyczyną śmierci Polaka był atak serca czy tętniak. Badania nie wykazały też, by Dziekański był pod wpływem alkoholu czy narkotyków. "Zmarł z powodu tego, co spotkało go na lotnisku" - mówi Radiu Zet Kosteckyj.

Autopsja prawdopodobnie jednak nie ustali przyczyny jego śmierci. "Ale mamy dowody na taśmie - był porażony paralizatorem, rzucony na ziemię, policjanci przytrzymywali go siłą, stracił przytomność i nigdy jej nie odzyskał. Mamy oficjalny raport koronera. Będziemy szukać odszkodowania w sądzie" - mówi Kosteckyj.

Sprawa w sądzie nie rozpocznie się jednak szybko. Według mecenasa, wstępne przesłuchanie w biurze koronera może się odbyć dopiero w kwietniu lub maju.

Mecenas dziwi się też, że koroner chce przyjechać na Dolny Śląsk, gdzie mieszkał Dziekański. "Dowody są tu na miejscu - Polak nie stwarzał żadnych problemów w czasie długiego lotu, w czasie odprawy - coś musiało się stać na lotnisku. Nikt mu nie pomógł" - mówi Kosteckyj.

Tymczasem wszystkie kanadyjskie media grzmią na policję. "Wydaje się, że policja prezentuje mentalność w rodzaju: najpierw użyć tasera, a potem zadawać pytania" - napisał dziennik "Vancouver Sun".

Polski ambasador w Ottawie Piotr Ogrodziński powiedział agencji AFP, że jest "zaszokowany". "Mam wrażenie, że reakcja policjantów być może nie była dostosowana do okoliczności" - powiedział dyplomata. Ocenił, że Polak wyglądał na kogoś, "kto desperacko szuka pomocy, ale nie robił wrażenia agresywnego".

Warszawa oficjalnie zażądała wyjaśnień od strony kanadyjskiej.

Robert Dziekański, który miał w Kanadzie dołączyć do matki, zmarł 14 października wskutek porażenia paralizatorem. Przez 10 godzin błąkał się po strzeżonej zamkniętej części lotniska w Vancouver, starając się odnaleźć matkę, która czekała na niego w hali przylotów. Mężczyzna po raz pierwszy leciał samolotem, nie mówił w żadnym obcym języku.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj