Yuriko Koike działania Rosji na Krymie ocenia jako bandyckie i dodaje, że postępując w ten sposób, Moskwa wraca do lekkomyślnych imperialnych ambicji. W związku z tym Japonia powinna zrewidować deklaracje wygłaszane przez Władimira Putina w związku z rosyjsko-japońskimi rozmowami na temat Kurylów. Właśnie istnienie sporu terytorialnego sprawia, że sprawa aneksji Krymu niepokoi Tokio bardziej niż wiele innych krajów.

Była minister przypomina w serwisie "Project Syndicate", że po II wojnie światowej za przynależne Rosji uznaje się cztery wyspy: Iturup, Kunaszyr, Szikotan i Habomai. - I, jak wszędzie w Rosji, ich mieszkańcy byli biedakami, cierpiącymi przez niekompetencję i korupcję trawiącą władze, czy to kiedyś komunistyczne, czy dzisiejsze kapitalistyczne - twierdzi Yuriko Koike.

Za ironię losu uważa ona fakt, że na terytoriach, o które z Rosją spiera się Japonia, większość mieszkańców stanowią etniczni Ukraińcy. - Jeśli referendum na temat niezależności odbyło się na wyspie Iturup, gdzie około 60 procent mieszkańców pochodzi z Ukrainy, Putin uznałby jego rezultat równie łatwo, jak głosowania na Krymie? - zastanawia się Koike. I dodaje, że należy porzucić nadzieje kolejne japońsko-rosyjskie rozmowy w sprawie Kurylów

Japonia, wedle jej słów, będzie teraz pracować z partnerami z G7 nad tym, by lekkomyślne ambicje Putina nie zagroziły innym regionom Ukrainy. Tokio zdecydowało się już przekazać Kijowowi 1,5 miliarda dolarów pomocy ekonomicznej.

Co warte odnotowania, Japonia określana jest mianem drugich Niemiec, a to ze względu na stopień rozwoju ekonomicznych związków z Rosją. Już teraz Rosja zabezpiecza 10 procent japońskiego zapotrzebowania na gaz. Jednocześnie Japonia nie ma na razie w planach żadnych istotnych inwestycji na Ukrainie.