Próbki zdjęć, o których informował m.in. dziennik.pl, zostały przesłane do redakcji polskich mediów jeszcze latem 2010 roku. Już wtedy można było wnioskować, że fotografie zostały wykonane tuż po katastrofie smoleńskiej, gdy zbierano ciała zabitych. 

Człowiek, który wysłał ofertę, za publikację zdjęć chciał 30 tysięcy złotych. Był on jednak jedynie pośrednikiem. Sprawa, za pośrednictwem jednej z redakcji, trafiła do Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, która namierzyła "sprzedawcę". - Niech wystarczy, że po rozmowie z nami ten pan zrezygnował ze swoich planów - mówi w rozmowie z "Gazetą Wyborczą" oficer ABW. Dodaje, że mężczyzna miał kupić zdjęcia od jednego z mieszkańców Smoleńska. 

Rosyjski bloger, Anton Sizych, który opublikował drastyczne zdjęcia, powiedział w rozmowie z tvn24.pl, że w sieci pojawiają się kolejne fotografie, wykonane tuż po katastrofie smoleńskiej. Takie sytuacje mogą się powtarzać, ponieważ - jak przyznaje w rozmowie z "GW" funkcjonariusz BOR, który był na miejscu katastrofy - do popołudnia okolice tragedii fotografował, kto chciał. Dopiero po południu przyszedł jakiś prokurator i zakazał fotografowania - dodaje.  

Kamery i aparaty mieli także borowcy, którzy uczestniczyli w poszukiwaniu ciała Lecha Kaczyńskiego, a później stali na jego straży. Nakręcony przez nich materiał, trwający około trzech godzin, znajduje się w prokuraturze. Do tej pory nie wyciekł na zewnątrz.