Marian Krzaklewski na listach Platformy Obywatelskiej do parlamentu europejskiego to bardziej produkt przypadku niż wielkiej gry Donalda Tuska. W tym przypadku lider PO dał się przekonać takim politykom Platformy jak Jacek Saryusz-Wolski i Grzegorz Schetyna. Sam miał wątpliwości, skądinąd uzasadnione. Przecież zwłaszcza w latach 2000-2001 AWS była dla wielu obecnych wyborców PO symbolem obciachu. Platformę budowano wtedy w opozycji wobec stylu uprawiania polityki przez Krzaklewskiego.

Reklama

Gdy przypomniałem to ważnemu politykowi PO, odpowiedział: - "Ja i pan to pamiętamy, pamięć przeciętnego wyborcy jest jednak krótka". Za Krzaklewskim przemawiają jakieś argumenty. Jest związkowcem z Solidarności, który dobrze porusza się w świecie europejskich instytucji, gdzie przez lata reprezentował związek. Ale tak naprawdę Platformie zależy przede wszystkim na jego wizerunku. W Warszawie, Krakowie, Łodzi pobożny, bliski kiedyś poglądami ZChN-owi Krzaklewski byłby obciążeniem. Na konserwatywnym Podkarpaciu wydaje się atutem. Partie na całym świecie tak robią. Grają na wielu fortepianach, wysuwają różnych kandydatów dla różnej publiczności. Jeśli chcą być wielkie i pojemne taki proceder się opłaca.

Na Krzaklewskiego więc bardzo nie narzekam, zwłaszcza, że z upływem lat jego wady jako faktycznego lidera państwa w latach 1997-2001, na przykład tolerowanie wybujałego AWS-owskiego kolesiostwa, bledną. Blasku nabierają jego zalety, na przykład osłanianie własną piersią trudnych czterech reform. A jednak do tej beczki miodu dorzucę łychę dziegciu. Bo nie tylko wystawienie Krzaklewskiego, ale cały proces układania europejskich list PO trąci cynizmem.

Ja nie wiem, co łączy twardego wobec Unii Jacka Saryusza-Wolskiego i miękką do bólu europejską komisarz Danutę Huebner. Czy gdy przyjdzie do debaty o sprawach światopoglądowych, a wbrew pozorom takie debaty w Brukseli i Strasburgu zdarzają się często, grupa posłów PO będzie się kierować lewicową wrażliwością Huebnerowej czy konserwatywną Krzaklewskiego? A może tak naprawdę Krzaklewski zmienił poglądy jak niegdyś Niesiołowski? A może zmieniła je pani Huebner? A co wtedy, gdy spór w parlamencie będzie dotyczył tematyki ważnej dla związków zawodowych jak będąca niedawno przedmiotem burzliwego sporu dyrektywa usługowa? Czy Krzaklewski będzie się kierował własną związkową wrażliwością czy liberalnym programem Platformy? Tego nie wiem iobawiam się, że odpowiedzi nie uzyskam wcale. Albo uzyskam bardzo mętne i ogólnikowe deklaracje. Że siła PO w różnorodności i takie tam.

To jest tak naprawdę pytanie o to, jakie poglądy na sprawy europejskie ma dziś PO. Dwa lata temu atakowała braci Kaczyńskich z pozycji bardziej twardych chcąc aby bronili do końca pierwiastka jako systemu liczenia głosów we władzach Unii. Był to system korzystny dla Polski, ale odrzucany przez inne kraje. Stanowisko w sprawie traktatu lizbońskiego potem, oraz wzięcie pani Huebner na listy świadczyłoby o tym, że Platforma zmieniła zdanie. Ale czy rzeczywiście? Nikt tego nigdy nie powiedział.

Europejskie wybory to dziś wyłącznie wizerunkowy kostium piękności. Tu pani z lewicy, tam pan z prawicy, tu były PiS-owiec Paweł Zalewski, tam ktoś, kto pozyska zdezorientowanych zwolenników SLD. Część tych kandydatów to ludzie kompetentni, ale przecież nie tylko kompetencje się liczą, także poglądy. Platforma traktuje eurowybory jako plebiscyt. Musi być pierwsza, więc bierze na listy, kogo popadnie. Nie pytając o przekonania, ani nie żądając żadnych przekonań od kandydatów. Może to się potem dotrze. Może pani Huebner z Krzaklewskim, Zalewskim, Saryuszem-Wolskim, Buzkiem i kim tam jeszcze stworzą spójną drużynę. Ale na razie niewiele na to wskazuje. A wybory za trzy miesiące.