Mariusz Kamiński pozostanie szefem CBA. To jego doraźny sukces. Ale to również, co prawda mglista, niemniej jakaś szansa na ponadpolityczny kompromis w sprawie walki z korupcją. Kłopot w
tym, że nic w logice polskiej polityki nie wskazuje, aby ta szansa została wykorzystana.
"Mam do niego ograniczone zaufanie" - tyle ma do powiedzenia Donald Tusk na temat Mariusza Kamińskiego. Ograniczone zaufanie to więcej niż całkowity brak zaufania, ale
oczywiście to tylko słowa symbolizujące obecną sytuację na froncie. Przecież całkiem niedawno Julia Pitera zapewniała, że jej mityczny tajny raport może być podstawą dla wniosków
prokuratorskich wobec nielubianego polityka. Z wypowiedzi premiera wynika, że Pitera okazała się wyłącznie publicystką, a sam premier porzuca swą kampanijną retorykę. To porażka pani
minister, ale czy samego Tuska? Raczej manewr w długotrwałej wojnie pozycyjnej. Mogą z niego jednak wynikać najróżniejsze skutki.
Rozgrywka została przynajmniej odroczona, a wiara polityków PO w szybki werdykt komisji śledczej może się okazać złudna. Donalda Tuska czeka więc wielomiesięczny, jeśli nie wieloletni, czas
koegzystencji z człowiekiem, którego podejrzewał o montowanie prowokacji przeciw jego partii?
Coś, co jest skutkiem pata, bywa uznawane przez komentatorów, przyznajmy skądinąd, że nielicznych, za niezłe wyjście z sytuacji. Oto platformerskiej ekipie miałby patrzeć na ręce
przedstawiciel opozycji.
Są już w Polsce takie precedensy - na przykład z powodu nachodzenia na siebie kadencji prezes NIK pochodzi z reguły z politycznego układu, który stracił władzę. Co prawda nobliwą
instytucję kontrolną, wyposażoną jedynie w papierowe wnioski do prokuratury nie całkiem da się porównać do służby specjalnej, która może zrobić realną krzywdę. Ale temu rozumowaniu
trudno odmówić logiki.
Niszczący spór mógłby być w ten sposób zakończony z pożytkiem dla ogółu (a przynajmniej z pozorami pożytku - o czym dalej). I Tusk, i Kamiński mieliby szansę trafić do podręczników
wzorcowej, nawet nieco cukierkowej demokracji.
Tym bardziej byłoby to krzepiące, że w tej sprawie obie strony grały znaczonymi kartami. Można zrozumieć Jarosława Kaczyńskiego, gdy pokładał nadzieję w nowej
"nieobciążonej" służbie walczącej z korupcją i chciał ją zabezpieczyć kadencyjnością jej szefa przed łatwymi zmianami personalnymi. Ale postawienie na jej czele posła
własnej partii zmieniło te intencje w ich własne przeciwieństwo. Nawet jeśli lider PiS może przywołać na swoją obronę niezłomne przekonanie, że nieuwikłanych politycznie fachowców w
Polsce tak naprawdę nie ma.
I można zrozumieć Platformę Obywatelską, że alergicznie reagowała na działalność CBA pod kierownictwem całkiem nieneutralnego posła Kamińskiego, zwłaszcza gdy rozpracowywano jej
polityków i ogłaszano ten fakt w rytmie kampanii wyborczej. Ale pomijając już historyczne zaszłości (posłowie PO głosowali za ustawą o CBA z pełną wiedzą, kto będzie jej szefem),
Kamińskiemu i jego podwładnym niczego na razie nie udowodniono. Ich polityczna nadgorliwość nie musi oznaczać, że fałszowali dowody, bezprawnie podsłuchiwali czy z premedytacją wciągali
polityków konkurencyjnych ugrupowań w zastawiane przez siebie pułapki. W tej sprawie medialne wyroki zostały wydane grubo zbyt wcześnie. Obecne ostrożne wypowiedzi Tuska, tak kontrastujące z
mocnymi kampanijnymi zarzutami, wyraźnie to potwierdzają.
Dziś CBA dla Tuska jest przede wszystkim technicznym kłopotem. Lider Platformy pozostaje pod silną presją polityków własnej partii, którzy traktują - czy to z przekonania, czy partyjnego
cynizmu - rozliczenie ludzi Kamińskiego jako ważne zobowiązanie wyborcze. W podobną stronę popychają Platformę broniący III RP publicyści i politycy, od Jacka Żakowskiego po redakcję
Trybuny i osłabioną, ale czającą się do skoku lewicę.
Na dokładkę trwalsze wygaszenie wojny z Kamińskim może być zinterpretowane przez PiS jako własny sukces i jako przyznanie się PO do błędu. Byłoby to rozumowanie uprawnione, a na pewno dla
wielu wyborców przekonujące.
Na drugiej szali premier musiał jednak położyć własną metodę uprawiania polityki. Wydaje się nią w tej chwili postawienie na spokój, czasem nawet za znaczną cenę. Mnożenie frontów
podczas przewlekłego kryzysu w służbie zdrowia jawiło się jako postępowanie mało roztropne. Na dokładkę odrywanie od fotela siłą, czyli specjalnie tworzoną i wetowaną przez prezydenta
ustawą, szefa antykorupcyjnej służby nie zrobiłoby dobrego wrażenia. Tak naprawdę pozostawienie Kamińskiego to mały prezencik dla niego samego. Jego usunięcie byłoby wielkim prezentem dla
głównej partii opozycyjnej.
Trzeba sobie szczerze powiedzieć: Tusk i jego najbliżsi współpracownicy nie są dziś zafrapowani tematem zwalczania korupcji. Sięgnęli po bardzo wygodny frazes Unii Wolności, że liczy się
nie zamykanie łapowników i przekręciarzy, a zapobieganie ich przestępstwom. Ale tak naprawdę nie zajmują się także systemowymi rozwiązaniami, za którymi orędował niegdyś Jan Rokita.
Takie pomysły jak reforma systemu stanowienia prawa czy restrykcje nakładane na osoby publiczne dla zapobiegania konfliktom interesów poszły w kąt. Może jeden poseł Jarosław Gowin jest nimi
zainteresowany. Czołówka Platformy - z pewnością nie. Jeśli na horyzoncie widać jakieś reformy, to głównie takie, które przeszkadzanie korupcjonistom raczej utrudnią. Można uznać, że za
uniezależnieniem prokuratur od władzy politycznej stoją pewne racje. Ale coś za coś - mobilizacji wymiaru sprawiedliwości ta zmiana na pewno nie posłuży.
Co gra w tej obojętności większą rolę - poglądy czy w pojedynczych przypadkach interesy ważnych platformersów - trudno orzec. Po prostu tak już jest. Ale politykom, zainteresowanym czymś
albo nie, przydaje się czasem pamięć. PO wygrała ostatnie wybory, wymachując sztandarem modernizacji, europejskości i większej fachowości. Wygrała z zafiksowanym na tematyce antykorupcyjnej
PiS. To może sprawiać wrażenie, że PiS-owska tematyka się zużyła na długie lata. Ale jeszcze kilka tygodni przed wyborami telewizyjny występ prokuratora Engelkinga demaskującego tak możne
postaci jak Krauze i Kaczmarek wywołał jednej nocy i tylko na moment kilkunastoprocentowy wzrost poparcia dla partii Kaczyńskiego. To silne wahnięcie odnotowała... sondażownia obsługująca
sztab Platformy.
Może gdyby nie dobry występ Tuska w debacie z Kaczyńskim czy jego wizyta w Londynie, skutki prelekcji Engelkinga do kamer okazałyby się bardziej trwałe. Dziś walki z korupcją w agendzie nie
ma. Jutro, pojutrze może wrócić.
Możliwe, że odpowiedzią PO na groźbę takiego powrotu powinno być szybkie usunięcie Kamińskiego, rozgonienie PiS-owskich kadr w centrali CBA i zaprezentowanie własnego sposobu na korupcję.
Ale najwyraźniej serca do tej tematyki politycy PO nie mają na tyle (mści się eliminacja Rokity), że o pomysły bardzo trudno. Jedynym okazała się twarz Pitery, ale nowa pani minister poza
słownymi utarczkami z Kamińskim i tropieniem kart kredytowych poprzedniej ekipy żadnego własnego projektu nie przedstawiła i chyba w najbliższym czasie nie przedstawi. Owszem, pojawiają się
zaskakujące pogłoski, że PO pracuje nad jakąś specpolicją finansową z ogromnymi uprawnieniami, ale są one natychmiast bagatelizowane przez jej własnych polityków. Całkiem możliwe więc,
że te mityczne prace potrwają do końca kadencji.
W tej sytuacji pozostawienie CBA w obecnym stanie nie tylko pozwala uniknąć naginania prawa i drastycznych debat w parlamencie i mediach przy okazji wyganiania Kamińskiego z gabinetu, ale jest
być może drobną ofiarą na ołtarzyku walki z korupcją. Wypytywany o to, dlaczego się tym tematem sam nie zajmuje, Tusk może pokazywać, że nie tylko na antykorupcyjną aktywność pozwala,
ale godzi się, aby na tym froncie walczył jego zagorzały wróg. To by oznaczało, że ekipa rządowa nie ma nic do ukrycia. Ba, że ma się czym chwalić.
Nie ochroni to oczywiście obu stron przed niespodziankami. Tusk może próbować marginalizować CBA, tak jak dzieje się to w gruncie rzeczy już dzisiaj. Taka służba kierowana przez człowieka
ciąganego przed komisje śledcze, pozbawiona oparcia w prokuraturze, wrogo traktowana przez służby konkurencyjne - takie jak ABW czy policja - bez minimalnej choćby osłony rządu niewiele może.
W tej sytuacji formalne podtrzymanie ekipy Kamińskiego może z niej uczynić atrapę. Trudno uwierzyć, że ci ideowi młodzi ludzie zgodzą się taką rolę odgrywać dłużej niż parę
miesięcy.
Z kolei ludzie Kamińskiego mogą wykorzystać ten kruchy rozejm do akcji prowokujących opór rządu, bo wymierzony w środowiska związane z PO. Zresztą nawet gdyby nie bili w partię rządzącą
z premedytacją, i tak byliby o to podejrzewani. Skoro na kilka dni przed wyborami stugębna plotka wskazywała prawie wszystkich czołowych polityków Platformy jako potencjalne ofiary śledztwa
przeciw Sawickiej...
W tym rachunku strat i zysków - przede wszystkim jednak Tuska, bo pierwszy ruch należał do niego - taktyka miesza się ze strategią. Polityczne rachuby z ideowymi odruchami, jeśli nie samych
polityków, to ich wyborców. Niezależnie wszakże od tego, kto się czym naprawdę kieruje, warto powiedzieć jasno: Kompromis: my pozwalamy wam na antykorupcyjną aktywność, nawet za cenę
pewnego ryzyka dla naszych ludzi, wy powstrzymujecie się przed oczywistym instrumentalnym biciem w nas, byłby kompromisem na miarę wybitnych polityków. Powrót IV Rzeczpospolitej byłby zapewne
niemożliwy. Powrót odrobiny zwykłej przyzwoitości - już tak.
Rzeczywistość będzie jednak zapewne zgoła inna. Proklamowana przez Tuska amnestia dla Mariusza Kamińskiego okaże się odroczonym w czasie wyrokiem. W odwecie za powrót do tej kwestii politycy
PiS będą walili po głowie obecnie rządzących straszakiem korupcji nawet tam, gdzie mamy do czynienia wyłącznie z wrażeniami, plotkami czy przypuszczeniami.
Miraż rzeczywistego wyłączenia korupcji z politycznego sporu zamigoce na chwilę, i to w tak zaskakującym momencie, tylko po to, aby zgasnąć wśród wzajemnych utyskiwań, oskarżeń i
podejrzeń. A jeśli obie strony wzniosą się jednak ponad małostkowe emocje i jeszcze bardziej małostkowe kalkulacje? Użyję amerykańskiej metafory: to równie prawdopodobne jak burza śnieżna
w Hadesie. Czy ktoś ma odpowiednią metaforę, aby mnie skontrować?