"Nie spodziewałem się w ogóle przeszukania ani tego, że będę zatrzymany, bo powiedziano mi, że jestem przesłuchiwany w charakterze świadka" - opowiada Piotr Bączek w RMF. Jednak do studia przyszedł z własną szczoteczką i pastą do zębów. "To dlatego, że z radia idę na przesłuchanie do prokuratury i tam kategoria może być zmieniona. Ze świadka mogę zostać podejrzanym".
"Nie wiem, czy agenci znaleźli u mnie coś, co by ich interesowało" - powiedział Bączek i dodał, że nie znaleziono u niego żadnych dokumentów z klauzulą ściśle tajne. Agenci powiedzieli mu, że rewizja ma związek z propozycją sprzedaży aneksu do raportu z likwidacji WSI grupie "Agora", czyli wydawcy "Gazety Wyborczej".
Przyznał jednak, że w jego domu odkryto "kilkanaście dokumentów archiwalnych dotyczących szeroko pojętej działalności służb specjalnych oraz nośniki elektroniczne". Nie było jednak wśród nich aneksu z raportu o WSI.
Na pytanie, czy to prawda, że dziennikarzom pokazywano strony aneksu, oferując jego sprzedaż za 250 tysięcy złotych, Bączek odpowiedział tylko: "Jest możliwe, że jest szyta prowokacja wobec komisji weryfikacyjnej i osób współdziałających z komisją".
Były rzecznik Macierewicza stwierdził też, że to niemożliwe, by członkowie komisji za pieniądze wykreślali nazwiska z raportu o WSI. "Dałbym się pokroić za każdego" - przyznał. Ale nie miał już takiej pewności co do zatrzymanych w tej sprawie osób: byłego oficera specsłużb PRL Aleksandra Lichockiego i dziennikarza TVP Wojciecha Sumlińskiego.