Teoretycznie tak. To dobra, szczytna i piękna idea, zgadzam się z nią całym sercem. Człowiek powinien mieć prawo do tego, by nie chcieć męczarni związanych ze sztucznym
przedłużaniem życia. I w tym momencie kończą się pozytywne odpowiedzi na to pytanie. Bo natychmiast pojawiają się wątpliwości. Pierwsza: mało kto wie, jak umierają ciężko chorzy ludzie
na wsi. Ja to widzę. Ludzie biedni, których szpitale pozbywają się, bo same są biedne, a podtrzymywanie życia kosztuje. Widząc to boję się raczej, żeby kiedyś nie doszło do sytuacji
odwrotnej - że ratuje się tylko tych, którzy mają pieniądze, czy też odpowiedni rodzaj ubezpieczenia. Boję się, że ta karteczka w portfelu to futrka do takich rozwiązań. A druga
wątpliwość dotyczy świadomości decyzji. Powinienem złożyć oświadczenie: proszę mnie odłączyć albo niech to zrobi moja córka.
Mam zrzucić taką decyzję na głowę córki? Moja matka zażądała ode mnie czegoś takiego - chciała, żebym dopilnował, aby nie była na siłę ratowana, kiedy już nie będzie dla niej szans.
Bardzo ciężko chorowała przed śmiercią, raz na miesiąc mnie poznawała. I co ja miałem zrobić? Podać jej cyjanek? Albo chodzić za lekarzami i prosić, żeby jej nie pomagali?
Zgadza się. Jeśli nie można przeciąć cierpień bliskiego człowieka, samemu też się cierpi. Dlatego właśnie uważam, że idea Gowina jest bardzo dobra. Nie wiem tylko, jak ją można wprowdzić w życie. Na pewno nie z maniacką dokładnością, wyliczając dziesiątki konkretnych sytuacji, w których wolno, a w których nie wolno zaprzestać ratowania. Najlepsze są rozwiązania półprawne: mądry lekarz wie, kiedy przestać. Jednak na tej zasadzie też nie możemy sie opierać, bo nie każdy lekarz jest mądry. Dlatego właśnie mam problem z tą ideą. Nie wiem, co należałoby zrobić, żeby stworzona na jej podstawie praktyka funkcjonowała dobrze.
*prof. Marcin Król jest filozofem i historykiem ideii