Dziennik.pl: "Dzwony wojny" to produkcja historyczna, a takie jak wiadomo wywołują w naszym kraju sporo emocji. Czy Pana zdaniem, ten serial również ma szansę wywołać dyskusję na temat historii Polski?

Juliusz Braun: Myślę, że nie. Do I wojny światowej mamy dość duży dystans. Poza tym, fabuła nie niesie ze sobą żadnych kontrowersji. Jest to opowieść bardzo kameralna, o losach młodych ludzi, którzy zaplątani są w te wielkie wydarzenia historyczne. Tu nikt nie wdaje się w dyskusje na temat strategii i wielkiej polityki. Ona się tam przejawia gdzieś w tle. To, co jest dla nas ważne, to to, że przewija się tutaj też sprawa Polski. W drugim odcinku polska bohaterka wyjaśnia, dlaczego Polacy są po wszystkich stronach tej wojny i dlaczego inaczej na nią patrzą.

Czy to prawda, że wątek polski został dodany do scenariusza po tym, jak okazało się, że BBC będzie pracowała nad serialem wspólnie z Telewizją Polską?

Tak, to prawda. Ten projekt rodził się w BBC, powstał koncept żołnierza niemieckiego i brytyjskiego jako głównych bohaterów, natomiast myśmy powiedzieli, że bardzo chętnie będziemy w tym uczestniczyć, ale oczekujemy, zgodnie z prawdą historyczną, żeby wątek polski się pojawił i żeby pojawiła się polska aktorka.

"Dzwony wojny" to po "Szpiegach w Warszawie" drugi serial, który powstał we współpracy BBC i TVP. Czy planowane są kolejne projekty z zagranicznymi stacjami?

Tak, myślimy i rozmawiamy o tym, ale nie jest to jeszcze etap mówienia o konkretach. Doświadczenia są jednak dobre, więc należy tę współpracę kontynuować.

A czy współpraca z innymi krajami również jest brana przez TVP pod uwagę?

Najwięcej współpracy jest z dwoma telewizjami, w tym z niemieckim ZDF, ale jest to przede wszystkim dokument. Są to dokumenty dotyczące II wojny światowej, które powstały dzięki ostremu konfliktowi, jaki wywołał serial „Nasze matki, nasi ojcowie”.

Mieliśmy też bardzo ciekawy projekt polsko-indyjski dotyczący ewakuacji dzieci do Indii w trakcie II wojny światowej. Rozmawiamy też o projekcie fabularnym wspólnie z kinematografią irańską. To również byłaby produkcja nawiązująca do II wojny światowej, opowiadająca o ewakuacji dzieci do Persji, z bardzo ciekawym wątkiem polskim. Ponadto zaczynamy rozmawiać też o konkretnych produkcjach z telewizją czeską.

Czy Pana zaskoczył sukces programu "Rolnik szuka żony"?

Ja liczyłem na sukces, ale muszę przyznać, że jego skala mnie zaskoczyła.

Czytaj więcej: "Rolnik szuka żony" lepsze od "Must be the music". Ranking najpopularniejszych show jesieni

Na czym Pana zdaniem polega fenomen tej produkcji?

Ja się nad tym często zastanawiam. Myślę, że jednym z czynników jest fakt, iż my, jako telewizja, traktujemy uczestników programu z szacunkiem. Nie chodzi nam o to, by jak w wielu programach reality show się z kogoś śmiać, czy ośmieszać uczestników i budować absurdalne konflikty. My pokazujemy polską wieś taką, jaka ona jest współcześnie. Zarówno rolników, jak i ich wybranki traktujemy z szacunkiem i sympatią. Oczywiście czasami z uśmiechem, ale życzliwie. I okazuje się, że ludzie taki program chętnie oglądają.

Z jednej strony mamy znakomitą oglądalność "Rolnik szuka żony", a z drugiej bardzo słabe wyniki muzycznego show "SuperSTARcie". Może to sygnał, że widzom znudziło się oglądanie śpiewających celebrytów, wolą zaś śledzić losy tak zwanych zwykłych bohaterów?

W innych stacjach programy z wielkimi gwiazdami mają wciąż dużą oglądalność. W ogóle w telewizjach na świecie formaty, w których gwiazdy tańczą, śpiewaj, czy się gimnastykują, są bardzo popularne. Chodzi zaś o to, by nie bazować na skandalu, tylko żeby to miało element edukacyjny, użyteczny społecznie. Takie programy długo się rozkręcają. Poza tym, milion widzów „SuperSTARcia” to nie jest tak mało. Oczywiście nie jest to tyle, ile byśmy oczekiwali, ale nie jest to też mała widownia. Ponadto jeśli mówimy o edukacji w kontekście tego typu programów, to ludzie zawsze się dziwią, ale tutaj ten aspekt edukacyjny jest bardzo duży. Pokazywanie kolejnych gatunków muzycznych i tego, jak ludzie wyspecjalizowani w jednym gatunku sprawdzają się w innym, jak o tym dyskutują bez wyśmiewania i konfliktu, myślę, że jest to dobry pomysł, który wciąż staramy się ulepszać.

Czytaj więcej: "SuperSTARcie" wielką klapą TVP2? "To jest masakryczny program"

A może chodzi o to, że widzowie nie chcą oglądać w publicznej telewizji celebrytów, którym trzeba płacić gwiazdorskie gaże?

Nie, z tym bym się nie zgodził. Wiele programów z gwiazdami, które są produkcjami kosztownymi, cieszy się dużą oglądalnością. Oczywiście, ludzie mówią, że płacimy im za dużo, ale później chcą oglądać tych, których znają i kochają.

Jakiś czas temu pojawił się sondaż, który pokazywał, jak widzowie oceniają poszczególne stacje pod kątem apolityczności. Pierwsze miejsce w tych badaniach zajął Polsat. Dlaczego Pana zdaniem nie TVP?

Ja pamiętam takie sondaże, w których Telewizja Polska miała wyraźnie najlepsze wyniki. To też jest kwestia sposobu formułowania pytań. Takie poważne badania, które myśmy już od dawna oglądali, dawały Telewizji Polskiej bardzo dobre wyniki i to poprawiające się w takich szczegółowych skalach, jak bezstronność, rzetelność, obiektywizm. Tak więc uważam, że oceny mamy dobre, choć oczywiście zawsze mogą być lepsze.

Czytaj więcej: Polsat najbardziej apolityczny. TV Trwam na drugim biegunie

Czyli w kwestii apolityczności Telewizja Polska nie ma sobie nic do zarzucenia?

Ja uważam, że nie. W szczegółach oczywiście zawsze staramy się poprawiać błędy, które sami widzimy. To nie jest tak, że ich nie popełniamy. Poza tym Polsat, jako ten główny kanał, ma tylko jedną audycję, która w jakikolwiek sposób dotyka polityki i są to „Wydarzenia”. W innych programach ten problem nie jest poruszany. U nas jest to częsty temat i jednemu może się podobać ta publicystyka, drugiemu inna i wobec tego jest jakiś element sporu czasami.

W ostatnich dniach dyskusję wywołała informacja mówiąca o tym, że Telewizja Polska w ramach kampanii społecznej będzie pokazywała na swojej antenie spoty promujące legalizację związków homoseksualnych.

Po pierwsze, sprzeciw dotyczy spotu, którego nikt nie widział.

Panie prezesie, przecież spot jest dostępny w Internecie.

Nie, w Internecie jest spot dwuminutowy, a u nas będzie 30-sekundowy, więc po pierwsze, to jest inny spot. Po drugie, my niczego nie promujemy, ale zgodnie z zasadami i obowiązkami, jakie nas dotyczą, dajemy możliwość wypowiedzi. No bo na czym polega ten post, jest tam obrazek pokazujący parę jednopłciową, czyli dwie dziewczyny i jest postulat zmiany podejścia społecznego do takich par. Jest to temat do dyskusji społecznej? Jest. Mamy wobec tego zamknąć na niego oczy? Ponadto jest obowiązek ustawowy nadawania kampanii, na które przeznaczony jest specjalny czas. Więc emitujemy te kampanie społeczne, w których przedstawiane są różnego rodzaju poglądy. Kryterium zaś jest jedno: nie może to być obraźliwe ani agresywne. Ja naprawdę uważam, że jest to politycznie kreowany konflikt, zwłaszcza, że ja dostaję listy, czasami bardzo obraźliwe od osób, które tego spotu w ogóle nie widziały.

Czytaj więcej: Dzień z życia lesbijek w TVP. Pawłowicz oburzona spotem. WIDEO

A jak odniesie się pan do zarzutu stawianego prze stronę prawicową, iż pokazywanie tego spotu jest wbrew regulaminowi KRRiT, który nakłada na publicznego nadawcę obowiązek poszanowania chrześcijańskiego systemu wartości?

Ustawa jednoznacznie mówi też o obowiązku prezentowania zróżnicowanych opinii i poglądów. Przepis dotyczący wartości chrześcijańskich należy czytać w całości. W tym spocie nikt nie obraża wartości chrześcijańskich, bo on nie jest atakiem na cokolwiek, tylko przedstawieniem pewnego problemu. Czy postulat jest słuszny, czy nie, to nie ma znaczenia, jest sformułowany w sposób prawidłowy i my mamy obowiązek o nim mówić.

Juliusz Braun - prezes zarządu Telewizji Polskiej, były przewodniczący KRRiT, poseł na Sejm X, I, II i III kadencji.