Negocjacje rządu z górnikami. Wydawcy telewizji informacyjnych zacierają ręce, bo tematem można grzać aż miło, celne puenty opozycji, „setki” pokazujące agresywnych związkowców i przedstawicieli rządu nazywających ich pajacami. Samograj. Politycy biegają z jednego studia radiowego do drugiego, a gazety drukują pogłębione analizy zapaści górnictwa. Co może dziwić, Ministerstwo Gospodarki, które zajmuje się energetyką, ba – ma nawet departament górnictwa – specjalnie się nie angażuje.

Rządowym pełnomocnikiem ds. reformy górnictwa został jeszcze w listopadzie Wojciech Kowalczyk, wiceminister skarbu. I to on wraz z premier Ewą Kopacz jest na pierwszej linii negocjacyjnego frontu. A co w czasie kryzysu robi minister gospodarki Janusz Piechociński? Czeka na naprawienie samolotu na lotnisku w Ahmadabadzie w Indiach. Wraca z konferencji Vibrant Gujarat, podczas której spotkał się m.in. z premierem Indii, po czym poinformował, że „z satysfakcją odnotował bardzo dobry stan relacji polsko-indyjskich”.

– Wizyta była zaplanowana wcześniej. A decyzja o wyjeździe premier na Śląsk zapadła z godziny na godzinę. Od początku tematem zajmował się minister Kowalczyk i nie przewidywano udziału wicepremiera Piechocińskiego – bronił ministra gospodarki na antenie TOK FM Marek Sawicki, szef resortu rolnictwa i partyjny kolega z PSL. Nad tym, że resort gospodarki od lat nie rozwiązał problemu górniczego, już się nie rozwodził.

Problemy realne, działania wirtualne

Górnictwo to wierzchołek góry lodowej zagadnień gospodarczych, którymi MG zajmować się nie chciało. Dwa tygodnie przed negocjacjami z górnikami nasi zachodni sąsiedzi wprowadzili nowe przepisy dotyczące płacy minimalnej. Jak informowaliśmy na łamach DGP, przepisy gwarantujące zarabianie 8,5 euro za godzinę dotyczą każdego wykonującego pracę na terenie Niemiec, niezależnie od tego, w jakim kraju zarejestrowany jest jego pracodawca. Nowe prawo to cios przede wszystkim w nasze firmy transportowe, które są o wiele tańsze od niemieckiej konkurencji.

Ustawę przyjęto w Bundestagu w lipcu ubiegłego roku. Na początku grudnia organizacja pracodawców Transport i Logistyka Polska (TLP) wysłała w tej sprawie pisma do resortów: gospodarki, spraw zagranicznych, infrastruktury oraz pracy. Prosiła, by uzyskały informacje na temat zakresu obowiązywania przepisów. Ministerstwo Gospodarki zwróciło się do podległej mu jednostki – wydziału promocji handlu i inwestycji (WPHI) przy ambasadzie w Berlinie. 18 grudnia WPHI, powołując się na tamtejsze ministerstwo pracy, stwierdził, że transport nie jest wyłączony spod nowych regulacji. Resort przekazał tę odpowiedź TLP pismem datowanym na 31 grudnia (do adresata doszło niemal dwa tygodnie po wejściu w życie przepisów). Co więcej, WPHI kluczowe dla działalności polskich biznesmenów informacje opublikował na swojej stronie internetowej dopiero 30 grudnia 2014 r. – dwa dni przed godziną zero.

Gdy sprawę opisaliśmy, temat podchwyciły inne media. – Rząd niemiecki przyjął tę ustawę w trybie nadzwyczajnym – tłumaczył Janusz Piechociński w TVN24. Padły słowa o tym, że Niemcy faulują. Z tej wypowiedzi można wnioskować, że dla wicepremiera prawie półroczne vacatio legis to tryb nadzwyczajny.

Nieco innym trybem potoczyły się prace nad nowelizacją ustawy o wychowaniu w trzeźwości. 11 sierpnia 2014 r. na stronie MG opublikowano komunikat: „Zgodnie z zapowiedziami wicepremiera, ministra gospodarki Janusza Piechocińskiego Ministerstwo Gospodarki przygotowało projekt nowelizacji ustawy o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi, którego celem jest umożliwienie reklamy i promocji cydru”. To była odpowiedź na kolejny nośny problem – rosyjskie embargo na import polskich jabłek. Pewną pomocą w sprzedaży jabłek mogłaby być zwiększona produkcja cydru, którego obecnie nie można reklamować. Na stronie faktycznie pojawił się projekt ustawy, która miała dopuścić taką możliwość. Nie zmienia to jednak faktu, że do Sejmu trafił poselski projekt złożony przez Polskie Stronnictwo Ludowe. Ministerstwo Gospodarki inicjatywy nie przejęło. Złe języki mogą powiedzieć, że po to, by przed wyborami ludowcy mogli się pochwalić wyborcom, jak dbają o interesy polskich sadowników.

Różowe okulary

Ale myliłby się ten, kto powie, że spychologia i niedostrzeganie problemów charakteryzują tylko szefa resortu gospodarki. Jego zastępcy trudną sztukę zaklinania rzeczywistości opanowali równie biegle. – 15 lat obowiązywania prawa offsetowego to okres intensywnego rozwoju polskiego przemysłu zbrojeniowego – stwierdził we wrześniu wiceminister gospodarki Arkadiusz Bąk podczas konferencji „Przyszłość offsetu w Polsce” (chodzi o inwestycje, które są prowadzone w Polsce np. przez firmy z USA w zamian za kupno uzbrojenia właśnie od USA). Najwyraźniej nie czytał raportu NIK z lipca 2009 r., w którym stwierdzono, że część winy za nie najlepsze wykonanie offsetu spoczywa na urzędnikach MG. Co istotne, a czego najwyraźniej minister Bąk nie zauważył, że do zmiany ustawy o offsecie inwestycje tego typu mogły być prowadzone we wszystkich sektorach gospodarki. Nie tylko w zbrojeniówce. Dopiero przyjęta 30 lipca 2014 r. nowa ustawa offsetowa precyzuje, że te inwestycje mają dotyczyć sektora obronnego. Mówi także o tym, że offsetem będzie się zajmować wyłącznie MON. W związku z programem modernizacji polskiej armii, w ramach którego w najbliższych latach mamy wydać blisko 100 mld zł na zbrojenia, można założyć, że pojawią się nowe umowy offsetowe idące w miliardy złotych. Być może właśnie dlatego wraz z nowelizacją ta działka przeszła z MG do MON. Teraz może się tak zdarzyć, że faktycznie trzeba będzie zacząć pracować.

Mówienie o „intensywnym rozwoju polskiego przemysłu zbrojeniowego w ciągu ostatnich 15 lat” świadczy o braku wiedzy w tej dziedzinie. Liczba miejsc pracy w tym sektorze od lat się kurczy, a odsetek zamówień MON u polskich producentów maleje i obecnie wynosi 70 proc. wydatków majątkowych armii. Najwyraźniej MG problemu nie zauważyło. Być może to właśnie dlatego, gdy jesienią finalizowano będące kroplówką, dającą szansę na przeżycie, warte ćwierć miliarda złotych zamówienie na amunicję do czołgów w fabryce Mesko, przy podpisywaniu umowy byli premier Ewa Kopacz i wicepremier, minister obrony narodowej Tomasz Siemoniak. Resort gospodarki na wszelki wypadek się nie udzielał.

Może to i lepiej. Bo tam, gdzie Ministerstwo Gospodarki się udziela, efektów nie ma. Urzędnicy z pl. Trzech Krzyży zajmują się m.in. partnerstwem publiczno-prywatnym. Zgodnie z bazą projektów PPP stworzoną przez MG, obecnie w Polsce realizuje się 76 tego typu projektów. I tak możemy się dowiedzieć, że właśnie w tej formule odbywają się „przewozy regularne dzieci do szkoły” w gminie Ustka. Wartość projektu wynosi niecałe 600 tys. zł. Biorąc pod uwagę, że PPP to rozwiązanie, które ma umożliwić realizację wielkich projektów infrastrukturalnych (koszty przygotowania są stosunkowo duże), wyraźnie widać, że coś tu nie działa. Obecnie jedyny poważny projekt PPP realizowany w Polsce to spalarnia śmieci w Poznaniu. Jego wartość to miliard złotych. Ale co charakterystyczne, także przy PPP urzędnicy Ministerstwa Gospodarki raczej się nie wychylają – bardziej się angażuje Ministerstwo Infrastruktury.

Ministerstwo dziwnych kroków

Obszarów, w których MG pozoruje działania lub poprzestaje na najłatwiejszych i najprostszych rozwiązaniach, jest wiele, ale powyższe przykłady dosyć dobrze pokazują, w jaki sposób się to odbywa. W tym miejscu warto odpowiedzieć na pytanie: czym ci politycy–urzędnicy się zajmują?

Co jakiś czas płyną więc z gmachu przy pl. Trzech Krzyży projekty nowych rozporządzeń (np. w sprawie zasadniczych wymagań dla zabawek), pojawił się również projekt założeń do ustawy o prawie gospodarczym. Ale dużą część czasu ministrów zajmują wyjazdy zagraniczne, m.in. na misje gospodarcze. O ile w promocji polskiego przemysłu w ostatnich latach faktycznie coś drgnęło, dalej funkcjonuje niezrozumiały podział kompetencji między Ministerstwem Spraw Zagranicznych a Ministerstwem Gospodarki. – Jeśli chodzi o współpracę z przedsiębiorcami, nastąpiła pewna poprawa, ale problem w tym, że urzędnicy uznali, że jest już świetnie i nie chcą więcej poprawiać. Choć o koszyku usług dla przedsiębiorców, które mogłyby świadczyć WPHI, mówimy od lat, to w tej materii nic się nie dzieje – stwierdza Wojciech Warski, przewodniczący Konwentu Business Centre Club.

Ważną działką są też najróżniejsze spotkania bilateralne w Polsce. To ambasador Albanii, to prezes Japońskiej Organizacji Handlu Zagranicznego – strona internetowa pełna jest relacji ze spotkań z wierchuszką MG. Ale są też działania realne. W dniu 22 czerwca 2012 r. Rada Ministrów przyjęła „Program działań na rzecz rozwoju technologii kosmicznych i wykorzystywania systemów satelitarnych w Polsce” opracowany przez Międzyresortowy Zespół Roboczy pod przewodnictwem Ministerstwa Gospodarki. Wnioskować można, że jakiś zespół MG wyprodukował dokument, który ktoś przeczytał. To już jest sukces. W najbliższych latach najważniejsze dla polskiego przemysłu kosmicznego będzie zbudowanie dwóch satelitów. Studium wykonalności, które zleciło Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, ma być ukończone do końca lutego. Problem w tym, że choć projekt wart będzie co najmniej kilkaset milionów złotych i może być prawdziwą trampoliną dla firm z branży kosmicznej, to MG pozostaje konsekwentne i wycofuje się z obszarów realnego działania. Budowę satelitów będzie nadzorowało MON.

Ministerstwo Gospodarki nadzoruje również energetykę (w tym jądrową). O ile można założyć, że rozbudowa bloków energetycznych największych elektrowni w kraju pewnie się uda (w dużej mierze nadzoruje ją resort skarbu), to już energetyka jądrowa jak w soczewce pokazuje działalność MG, które zajmuje się czymś, czego w Polsce nie ma i w przewidywalnej przyszłości nie będzie. Ale w ministerstwie nie tracą rezonu i publikują np. sondaże. Z nich możemy się dowiedzieć, że 58 proc. Polaków jest za rozwojem energetyki jądrowej, a 93 proc. respondentów uważa, że potrzebna jest kampania informacyjna na ten temat. Ta ostatnia liczba może nieco zaskakiwać. Bo kampanię „Poznaj atom” MG rozpoczęło prawie trzy lata temu.