Kiedy półtora tygodnia temu w wywiadzie na łamach magazynu "Esquire" Samuel L. Jackson zbluzgał Donalda Trumpa, nikt w USA nie poczuł się tym zaszokowany ani nawet zaskoczony. "Ten sku…syn rujnuje naszą planetę i robi wiele innego rodzaju szaleństw. A ludzie myślą, że to w porządku. To nie jest, k…a, w porządku. A jeśli nic na ten temat nie mówisz, to jesteś współwinny" – perorował aktor na temat urzędującego prezydenta. Na elektoracie Trumpa te słowa nie zrobiły wrażenia, trudno bowiem w Stanach Zjednoczonych o rozpoznawalnego artystę, który nie narzekałby na prezydenta. Różnice tkwią tylko w formie. Można, jak Robert De Niro, powiedzieć po prostu "Fuck Trump, albo jak Jane Fonda przyrównać prezydenta do Adolfa Hitlera.

Każdy cieszący się poparciem skrajnej prawicy i środowisk konserwatywnych polityk zawsze będzie dla elit Hollywood – a także przytłaczającej większości środowisk twórczych w USA – wcieleniem zła. W tym środowisku znane postacie, przyznające się do głosowania na Republikanów, jak Clint Eastwood, są ewenementem. To spory paradoks w kraju, gdzie słowo "socjalizm" od dwóch stuleci kojarzy się z czymś obcym i niebezpiecznym, wyborcy zaś nieufnie podchodzą do modelu państwa opiekuńczego, który narodził się w Europie.

A jednak większość ludzi kultury w Stanach Zjednoczonych znajduje się na przeciwnym biegunie ideowym niż przeciętny odbiorca masowej rozrywki. Ten podział wcale nie jest nowy: jego źródeł można szukać w czasach Wielkiego Kryzysu i rewolucji kulturalnej, jaką Amerykanom zafundował za pieniądze podatników ówczesny prezydent.