"Nie wytrzymałam tego, co tutaj się działo" - opowiedziała telewizji kobieta, którą do ośrodka skierował urząd pracy. Anna potwierdza wszystko to, o czym wczoraj napisała "Polska" - w domu prowadzonym przez fundację "Betania" niedołężne staruszki były maltretowane przez opiekunów.

Anna ujawnia, że podopiecznym wlewano do ust wrzącą zupę. Choć na dworze był mróz, musiała kąpać jedną z kobiet przy otwartym oknie. "Ta kobieta zemdlała, ale nie wezwano pogotowia, tylko położono ją na łóżku. Opiekunki jeszcze wyśmiewały się, że ta kobieta umiera i następne miejsce będzie wolne" - wspominała w rozmowie z TVN24.

"Nie było żadnego współczucia. Kiedy przychodziły rodziny, wszystko wyglądało pięknie, idealnie. Ten dom jest czysty, sterylny. Przy rodzinach dbano o nie, np. czesano im włosy" - opowiada była pracownica. "Ale kiedy rodziny zamykały za sobą drzwi, zaczynało się..." - dodaje.

Anna twierdzi, że kobiety mniej chore były traktowane lepiej. Te niedołężne maltretowano. "Kobiety nigdy się nie skarżyły, nie odzywały się, bały się, były zastraszone" - mówi. Opowiada też historię jednej z pensjonariuszek, która rzekomo przez parę lat nie odzywała się. "Kiedy ją karmiłam i głaskałam, nagle powiedziała do mnie <córciu>, a ja zdziwiłam się, że ona w ogóle mówi" - relacjonowała Anna w rozmowie z TVN24.

Była opiekunka wspomina, że staruszki wciąż leżały, bo nikt nie wychodził z nimi na spacery. Kobiety były karmione odpadami, na przykład zupą z korpusów drobiowych i ziemniakami. Anna twierdzi, że o wszystkim poinformowała szefostwo fundacji "Betania", została jednak wyśmiana. "Wiedziałam, że nikt mi w to nie uwierzy, więc po prostu odeszłam i starałam się to wymazać z pamięci" - wyznała w TVN24.

W sprawie domu opieki w Radości trwa już śledztwo. "Przesłuchania świadków trwają od samego rana. Cały czas zgłaszają się nowe osoby" - mówi dziennikowi.pl Renata Mazur z Prokuratury Okręgowej Warszawa Praga. Zapewnia, że nikt nie zostanie odprawiony z kwitkiem. Ale nie chce ujawnić, co zostało już ustalone.