Monika Szymańska, właścicielka salonu fryzjerskiego Monique, mieszka naprzeciwko hotelu Nafta. "Około drugiej w nocy obudził mnie płacz dziecka, wyglądam przez okno, a tam już była żywa pochodnia. Dwa najwyższe pięta budynku już niemal całkiem spłonęły. Mąż chciał biec pomagać, ale tam już nie było komu pomóc" - mówi nam kobieta.

>>> Zobacz dramatyczne zdjęcia z miejsca tragedii

"W tym domu tylu porządnych ludzi mieszkało, bo choć to był hotel socjalny, to większość jego mieszkańców to byli zwykli, tyle że biedni ludzie. W tym kilkanaścioro dzieci od takich malutkich po nastolatki. Oni naprawdę starali się dbać o swoje mieszkania, odmalowywali je, remontowali, nawet wymienili okna na nowe plastikowe" - dodaje Szymańska.

>>> Pogorzelcy mieszkali w ruinie

Potwierdzają to inni sąsiedzi hotelu. "Pewnie, że ludzie starali się doprowadzić do porządku, ale ile tam mogli zrobić sami. Tam przecież nawet dziury w podłogach były, które sami musieli zalewać betonem" - denerwuje się Ewa Radyńska, która mieszka kilkadziesiąt metrów od hotelu na ulicy Nowogrodzkiej.

"Mnie i męża obudziły około pierwszej w nocy krzyki. Kiedy zobaczyliśmy ogień, Andrzej od razu pobiegł pomagać. W hotelu mieszkali nasi przyjaciele. Okazało sie, że ich nie było w nocy w domu, ale najprawdopodobniej w pożarze zginęła ich 13-letnia córka" - płacze Radyńska.

Krzysztof, właściciel firmy budowlanej sąsiadującej z hotelem, denerwuje się: "Pytam się: kto mógł pozwolić na to, by tylu ludzi mieszkało w takim budynku? Przecież on był prawie w całości zbudowany z materiałów drewnopodobnych i do tego obłożony azbestem. W efekcie dom płonął jak zapałka i jeszcze azbest pod wpływem ognia truł ludzi wewnątrz" - mówi przedsiębiorca.

>>> O północy zacznie się żałoba narodowa

Mieszkańcy wielokrotnie narzekali na stan budynku. Na początku wiosny tego roku sami na własną rękę pobrali próbkę materiałów, jakimi był wyłożony budynek, i wysłali do Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Tam przeprowadzono analizę, z której wynikało, że próbka zawiera azbest.