Bankowcy: wstydzimy się chodzić po ulicach
Klienta trzeba ugotować, czyli wcisnąć mu tyle kont, kart kredytowych i kredytów ile się da. Nawet jeśli są drogie i nic niewarte. By osiągnąć cel, jesteśmy gotowi niemal na wszystko – opowiadają DZIENNIKOWI pracownicy kilku banków. Żeby tylko zadowolić przełożonych naginają wszelkie zasady. Oto spowiedź czworga bankowców, którzy ze wstydu boją się chodzić po ulicach.
- Bank groził klientom odebraniem dzieci
- Banki nękają spóźnionych z ratą o kilka dni
- W kryzysie przybywa dłużników
- Tak się łapie internetowych oszustów
- Bank nie będzie łupił klientów na spreadzie
- Bankrut tylko z klasy średniej
- Młodzi pobierają się... przez rząd
- To banki zarabiają na spadku cen mieszkań
- W Polsce DeVito był trzeźwy
- Małżeństwo sądzi się z bankiem o franki
- Sprawdź, który market jest najtańszy
- Uwaga! Atak złodziei na klientów banku WBK
- Najlepiej omijać lichwiarzy
- Uwaga! Banki obniżają raty kredytów
- Wszystko, co musisz wiedzieć o opalaniu >>>
Pogoda
POLSKA
Wtorek 2012-05-29

temp. min 4°C max. 24°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Aby spełnić oczekiwania szefów, bankowe produkty sprzedają członkom najbliższej rodziny, znajomym, a nawet swym wykładowcom. Do tego przejęli rolę windykatorów – ślą ponaglające SMS-y, dzwonią do pracy dłużnika i informują, że nie spłaca rat, a nawet odwiedzają go domu. Wszystko jest dozwolone – liczy się tylko wypełnienie planu, czyli założonego przez szefów minimum sprzedanych usług. Kto tego nie zrobi, traci pracę. – Boję się chodzić po ulicach, bo jeszcze spotkam jakiegoś znajomego, któremu doradziłem kredyt lub polisę, a teraz jest ona dla niego obciążeniem. On mi po prostu da w twarz – opowiada nam jeden z bankowców.
Skontaktowaliśmy się z centralami banków, w których pracują nasi rozmówcy, żeby skonfrontować, czy opisywane przez nich mechanizmy są prawdziwe. Banki nie chciały skomentować doniesień swoich pracowników, zasłaniając się tajemnicą handlową. Bezradny jest też nadzór bankowy, bowiem na razie obowiązuje prawo bankowe, które nie zabrania posługiwania się takimi metodami wyciągania z kredytobiorców dodatkowych pieniędzy, jakie stosują nasi rozmówcy. Komisja Nadzoru Finansowego dopiero pracuje nad rekomendacjami, które mają obligować banki do przekazania klientom pełnej informacji o kosztach usług. – Wejdą one w życie najwcześniej za kilka miesięcy – mówi Katarzyna Biela z KNF.
SYLWIA CZUBKOWSKA: Dawno temu trafiliście do bankowości?
JAROSŁAW*: W 2001 r., i bez przerwy pracuję w tym samym banku. Kiedyś jak zaczynałem tę pracę, to bankowca się szanowało. Teraz już nie ma żadnego prestiżu. Sami wstydzimy się tego, co robimy. To już nie banki, to hipermarkety. A przecież igramy z ludzkim życiem. W ciągu ostatnich kilku miesięcy już kilka razy chciałem to rzucić i zwolnić się. Nie mam jednak gdzie iść.
PAWEŁ*: Mam 31 lat, a w bankowości jestem od czasu ukończenia studiów, czyli od 7 lat. Ja naprawdę chciałem to robić, skończyłem bankowość, zrobiłem nawet doktorat. Ale dłużej już nie mogę wytrzymać. Szukam pracy, może w handlu.
KATARZYNA*: Cztery lata pracuję i takiej sytuacji, jaka jest od jesieni, nigdy nie było. Jesteśmy regularnie zaszczuwani.
ANNA*: Trafiłam do tej branży trzy lata temu. W ubiegłym tygodniu sama się zwolniłam, bo już nie mogłam spojrzeć sobie w lustrze w twarz.
Rozumiem, przyszedł kryzys i zrobiło się ciężko.
JAROSŁAW: Ciężko? Boję się chodzić po ulicach, bo jeszcze spotkam jakiegoś znajomego, któremu doradziłem kredyt lub polisę, a teraz jest ona dla niego obciążeniem. On mi po prostu da w twarz. U mnie w oddziale w takiej kondycji psychicznej są już praktycznie wszyscy. Dziewczyny od kilku miesięcy jadą na środkach uspokajających. I nie ma od tego żadnej ucieczki. Wszyscy mamy rodziny, kredyt hipoteczny, samochód kupiony na kredyt i jeszcze kartę kredytową, więc w to gówno wciągamy niewinnych klientów.
PAWEŁ: Trzeba pamiętać o tym, że bankowiec zarabia głównie na prowizji. Stała pensja, jaką dostaje, to zazwyczaj zaledwie pensja minimalna, czyli około tysiąca złotych. A prowizja jest rozliczana według wyrobienia założonego przez firmę planu. Kto go nie wyrobi, nie zarabia. A teraz dodatkowo może w ogóle pożegnać się z robotą. I tu pojawia się problem, bo mimo kryzysu planów nie zmniejszono. W koniunkturze kredyt dostawało siedmiu, ośmiu na dziesięciu klientów. Teraz warunki spełnia trzech na dziesięciu. Kiedyś średnia wartość udzielanego kredytu wynosiła blisko 30 tys. zł, dziś ledwie ociera się o 15 tys. Tymczasem plany wciąż są takie same. Wszyscy więc kombinują, jak ten plan wyrobić.
Jak wygląda to kombinowanie?
PAWEŁ: Najpowszechniejsza metoda to podkradanie sobie nawzajem klientów. Klient dzwoni do oddziału, np. by potwierdzić spotkanie z panią X, jego telefon odbiera inny sprzedawca i przekonuje, że jej nie ma, bo ma urlop czy jest chora, ale zapewnia, że przecież on sam może zająć się klientem. Tak klientów podkradają sobie nawet oddziały banków. Telefony do klientów dostępne są w centralnej bazie danych, więc coraz częściej zdarza się wydzwanianie do ludzi i zapraszanie po nową usługę: kartę czy lokatę, do innego oddziału.
ANNA: Inny sposób to „na rodzinę”. Jeden z kolegów ostatnio powiedział mi tak: niedługo już w ogóle nie będę mógł wyrobić planu, bo mi się rodzina skończyła. Tak to właśnie wygląda: konta oszczędnościowe, lokaty, karty wciska się komu się da z rodziny zarówno bliższej, jak i dalszej, a potem przyjaciołom i znajomym. Po kilku miesiącach te martwe dusze konta oczywiście najczęściej zamykają. Słyszałam nawet, że niektórzy konta wyrabiają na zmarłych, których nazwiska spisują z nagrobków na cmentarzach, a podpisy podrabiają. Oczywiście za te konta trzeba płacić, ale bardziej opłaca się bankowcowi opłacić je z własnej kieszeni, niż nie wyrobić planu i stracić prowizję.
KATARZYNA: My, jak już zabrakło nam starych klientów i rodziny – sama mam w Polbanku dwa konta, kredyt, lokatę, kartę kredytową, podobnie moi rodzice i rodzeństwo – to książki telefoniczne braliśmy i po kolei wszystkich jak leci od A do Z obdzwanialiśmy. Ale to i tak za mało, więc zaproponowano nam, byśmy wyszli na ulicę i tam łapali klientów.
JAROSŁAW: To jeszcze nic. Nasz bank wymyślił jeszcze lepszy patent. Mamy obowiązek, by każdemu klientowi, który przychodzi po kredyt, nawet jeżeli z jego historii kredytowej od razu widać, że go w życiu nie dostanie, wciskać ściemę, że do sprawdzenia jego zdolności konieczne jest założenie rachunku. Wielu klientów kredytów ostatecznie nie dostaje, ale już te rachunki oszczędnościowe połączone z rachunkiem rozliczeniowym mają otwarte. A do tego wciska im się kartę kredytową lub nawet ze dwie i klient już się z banku łatwo nie wyplącze. To nasi menedżerowie nazywają ugotowaniem klienta. Ale to nie koniec. Klient, który ma przyznany kredyt, musi przelać na rachunek jakąś sumę pieniędzy, by sprzedawca miał zaliczoną dodatkową usługę do planu. Często jest jednak tak, że klient tych pieniędzy nie ma. Wtedy bankowiec pożycza mu je, ten wlewa na konto i od razu idzie do bankomatu, by je wypłacić i oddać bankowcowi.
Te wszystkie sposoby wyjdą przecież przy wynikach kwartalnych.
ANNA: Wyjdą, ale kto teraz o tym myśli. Każdy tylko martwi się, jak zamknie miesiąc.
JAROSŁAW: Na ratowanie wyników są inne pomysły, jak choćby wmuszanie w klientów ubezpieczeń od utraty pracy. Wszyscy wiedzą, że takie ubezpieczenie to w rzeczywistości fikcja, że szansę, by z niego skorzystać, nawet po zwolnieniu, ma jeden na tysiąc klientów. Dlaczego? Trzeba spełnić wiele warunków, np. ubezpieczenie nie obejmuje zwolnień grupowych i utraty pracy za porozumieniem stron. Ale i tak mamy wyraźny nakaz wciskania ubezpieczeń każdemu klientowi, który przychodzi po kredyt. O proszę zobaczyć SMS-a, jakiego dostałem od kierownika po ostatnim sprzedanym kredycie: „Ubezpieczenie?”. Jeżeli nie udało mi się go sprzedać, to za każdym razem muszę wyjaśnić dlaczego, jak długo klient się opierał, jak go przekonywałem. Potem w miesięcznych raportach jesteśmy rozliczani także z tego, ilu takich ubezpieczeń dołączonych do kredytu nie sprzedaliśmy. Niewykonanie planu to nie tylko utrata premii. To też sytuacja, w której pracownik dostaje tzw. plan naprawczy. Taki plan to sygnał alarmowy: jeżeli w ciągu miesiąca, dwóch nie poprawisz się, to wylatujesz.
ANNA: Ubezpieczenia od bezrobocia też w ludzi wmuszamy, ale większy nacisk położono u nas na ubezpieczenia kart kredytowych. Mamy obowiązek przekonywać, że jeżeli ktoś weźmie kartę bez ubezpieczenia, to w przypadku kradzieży klient odpowiada materialnie za straty. Choć nie jest to prawda, ludzie wierzą nam i wykupują te drogie ubezpieczenia.
KATARZYNA: Dla nas priorytetem są karty kredytowe. To nie jest wprawdzie wymóg centrali, ale oddziały powszechnie wprowadzają wewnętrzne nakazy, by każdemu klientowi, który przychodzi po kredyt, wmawiać, że może go wziąć tylko w pakiecie z kredytówką. A wybór ma jedynie taki: karta będzie z limitem tysiąc czy dwa tysiące złotych.
JAROSŁAW: Wyniki ratuje się też, windykując zaległości.
To coś nowego? Przecież zawsze banki upominały się o niespłacane na czas raty.
JAROSŁAW: Ale sami bankowcy nigdy nie jeździli po klientach z zaległościami, by je ściągnąć. A tak jest już w Citi Financial. Pracownicy dostali kilka tygodni temu szczegółowe zasady postępowania z zalegającymi klientami: najpierw dzwonią, esemesują i upominają się o zaległości do samego dłużnika. Potem dzwonią lub wysyłają listy do pracy, by dłużnikowi wstydu narobić. Na koniec osobiście jeżdżą po klientach. Kolega opowiadał mi, jak pojechał do takiego dłużnika, który jest rolnikiem. Ten roztrzęsiony otwiera mu i mówi: „Panie, bierz, co chcesz, kury, krowy. Nie mam czym zapłacić. Dzieciaki samymi kartoflami już karmię”. Gdzie indziej winni uciekają przed bankowcami, zaczynają się z nimi kłócić, dochodzi do rękoczynów. Tylko czekać jakiejś tragedii, bo do dłużników przecież i dziewczyny jeżdżą. Oczywiście wieczorem po pracy.
KATARZYNA: Też tak mamy. Od maja zajmujemy się windykacją kredytów jak pracownicy Providentu – najpierw dajesz, potem pilnujesz, by był spłacany na czas. Już byłam po zaległości u dwóch klientów. Na szczęście trafiłam na cywilizowanych ludzi, ale mój znajomy musiał w jakieś meliny pojechać. Wrócił strasznie roztrzęsiony.
PAWEŁ: U nas też zaczęli ostatnio przebąkiwać o zwiększeniu obowiązków sprzedawców o windykację.
JAROSŁAW: To, co jest teraz, to się u nas nazywa „miękka windykacja”, ale ostatnio zapowiedziano, że jej wyniki są tak słabe, że będzie trzeba wprowadzić jakieś twardsze metody. Jakie? Nie wiemy. Chyba z oprychami będzie trzeba do ludzi jeździć. Na koniec miesiąca trzeba się też z każdego windykowanego klienta wytłumaczyć i rozliczyć. Ile razy się do niego dzwoniło, jak rozmawiało się przez telefon, czy było się u niego osobiście. Bankowcy starają się jak najmniej rozmawiać telefonicznie, bo każda taka rozmowa to 25 do 75 zł kary dla klienta – to zależy, w którym momencie klient brał kredyt i co ma w umowie zapisane. Karę taką dolicza na poczet długu i jeśli nawet klient ratę zapłaci, to dalej trzeba kary windykować. I znów są problemy z wyrobieniem planu.
Do czego zdolni są bankowcy, by wyrobić plan?
JAROSŁAW: Do niemalże każdego oszustwa. Jeden z moich kolegów kilka miesięcy temu okantował swojego profesora ze studiów. Naciągnął go na ileś tam pożyczek, karty kredytowe i jeszcze fundusz połączony z polisą, który miał mu przynieść takie zyski, by spłacić nimi kredyty. Facet po pijaku pochwalił się swoją obrotnością wśród znajomych. I niestety dotarło do do tego profesora. Ten pojawił się w oddziale i zrobił chłopakowi taką awanturę, że ten sprzedał swój samochód i wyczyścił konto, by spłacić pieniądze wyciągnięte z profesora.
PAWEŁ: Trzeba zrozumieć to, że plan to świętość. I to nie tylko dla pojedynczego bankowca, tylko dla całego oddziału. Bo nawet kiedy plan wykonają pojedynczy pracownicy, a innym to nie wyjdzie, to wynik całego oddziału jest zaniżany, a więc prowizje są mniejsze. Dla wykonania planu jesteśmy gotowi do wielu poświęceń.
JAROSŁAW: Stąd powszechna od początku kryzysu praktyka spłacania zaległości klientów przez bankowców.
Ja kto? Płacicie raty za klientów?
JAROSŁAW: Nie sami. Cały oddział zrzuca się na takie zaległe, niemożliwe do windykowania na czas raty. To, co wspólnie włoży się w czyjś dług, zwróci się przy prowizji dla oddziału.
*Jarosław jest specjalistą do spraw jakości i kontroli w departamencie sprzedaży w jednym z oddziałów banku Citi Handlowy na Śląsku
*Paweł jest szefem jednego z oddziałów GE Money Bank w zachodniej Polsce
*Katarzyna jest sprzedawcą kredytów detalicznych w Polbanku w Warszawie
*Anna jest doradcą w warszawskim oddziale Allianz Banku
Imiona naszych bohaterów zostały na ich prośbę zmienione























~Alicja2012-01-31 16:02
Odeszłam z pracy w bankowości gdy odmówiłam klientce wypisania kredytu z rata ponad 1600 zł od dochodu ok 1100. W odpowiedzi usłyszałam,ze mam pisać wniosek bo przeciez ona ma swój dom to kredyt nie bedzie stracony. Takich przypadków,gdzie klienci mieli juz po kilka rat i będąc niewypłacalnymi dobierali kredyty było mnóstwo. Z drugiej strony klienci bywali tak upierdliwi i uparci i tak pewni siebie,ze spłaca,ze jakos to będzie,ze w koncu nie czuje się nie w porzadku . No i teraz mają kłopoty
~Ewa2011-02-06 15:19
A któż tych ludzi przymuszał do brania kredytów? Przecież nawet dziecko wie, że każdy dług należy oddać. To na co ci ludzie liczyli, że z bankiem się im upiecze jak z margaryną "Kasią"?Wszak głupota kosztuje najdrozej
~Małgosia2010-09-07 17:22
Niestety tak właśnie działają banki. Moją historię opisał przed laty pewien dziennikarz, ale w moim życiu nic się nie zmieniło. Nadal jestem niewypłacalnym bankrutem, którego bank wykreślił z życia.
Oto moja historia:
Upadła kobieta z agencji.
Pani Małgorzata Rutkowska mieszka w Bornym Sulinowie, gdzie bezrobocie wciąż wysokie. Będąc osobą rzutką i robotną, zapragnęła zostać agentem bankowym. Agencję bankową do naganiania bankowi klientów otworzyła w 2001r. Poprzednia agentka oszukała ją na 20 tys. zł, bo w pomieszczeniu były tylko cztery gołe ściany, cały zaś sprzęt wyparował. Rutkowska zmuszona była więc na dobry początek wziąć w swoim banku kredyty na wyposażenie oraz kredyt z inkubatora przedsiębiorczości na rozkręcenie interesu na 26 tys. zł.
Co miesiąc podwajała się liczba klientów, a co za tym idzie, rosły zarobki. Bank był zachwycony. Zaproponował agentce kartę Visa Gold, żeby wiedziała, co czuje prawdziwy kapitalista. Dodał do tego kartę Diners Club i konto Aurum. Gdy tak wyróżniony agent po jakimś czasie zwrócił się do tegoż PKO BP o pożyczkę hipoteczną pod zastaw mieszkania, dzięki czemu mógłby spłacić pozostałe kredyty, bank nie wahał się ani chwili. Pożyczka była terminowo i sumiennie spłacana. PKO BP ufał, ale też sprawdzał. Oto plik protokołów kontrolnych: żadnych uwag, wszystko w porządku. Mamy do czynienia z człowiekiem, któremu udało się wyjść na swoje i utrzymywać się z pracy własnych rąk przy drobnej pomocy państwowego banku. Rutkowską powinno się pokazywać w oszklonej gablotce i zrobić o niej klip reklamowy.
Problem zaczął się wtedy, gdy kredyt odnawialny na jej koncie nie odnowił się automatycznie (błąd systemu), a jego załatwianie trwało półtora miesiąca. Oznaczało to, że nie był w tym czasie spłacany, choć kasa była na koncie, czyli sytuacja pani Małgorzaty raptownie się pogorszyła. Zastrzeżono jej natychmiast karty, wbrew zawartym umową i regulaminom bankowym.
Decyzją dyrektora oddziału banku PKO BP w Koszalinie umowę agencyjną wypowiedziano Rutkowskiej w trybie natychmiastowym w bardzo dziwnych okolicznościach (okoliczności opisane przez innego dziennikarza). Powołano się na &12 ust. 4 w związku z &2 ust. 9 umowy agencyjnej. To kompletna bzdura, ponieważ paragrafy te mówią o możliwości natychmiastowego wypowiedzenia umowy agencyjnej z powodu nienależytego wywiązania się z niej przez agenta lub jej niewykonania w ogóle. Nic takiego nie miało miejsca, kontrole były pozytywne. W Koszalinie, gdzie pojechała, by wyjaśnić sprawę, oświadczono, że pragnie wyłudzić pieniądze i lada chwila ukradnie z banku grubą kasę. Rzutka kobieta natychmiast zaproponowała bankowi kilka sposobów załatwienia sprawy. Poręczyciele ? Dwóch ? Czterech ? Bardzo proszę, już jadą. Kolejne zabezpieczenie ? Od ręki. Ale dyrektorka banku znała tylko jedno słowo: nie. No i dalej poleciało już z górki.
Rutkowska, jak każda ryba nadziana na haczyk i wyciągnięta na brzeg, trochę się rzucała. Podała PKO BP do sądu. Sąd zebrał się szybko i równie szybko orzekł: "Nie nastąpiły nadzwyczajne okoliczności uzasadniające wypowiedzenie. Osobista sytuacja majątkowa powódki mogła co prawda z punktu widzenia pozwanego wzbudzać obawy co do bezpieczeństwa jego środków finansowych. Nie można jednak uznać za usprawiedliwione posądzenie kogoś o zamiar popełnienia przestępstwa tylko na podstawie jego zadłużenia. Bank od początku wiedział o pewnych trudnościach finansowych powódki, nie uznał wtedy, by konieczne było wypowiedzenie umowy. W tym czasie umowa trwała i powódka w dalszym ciągu w sposób należyty wykonywała swoje obowiązki(...)" (sygn. akt I C 554/04)
W grudniu natomiast pozwany PKO BP odmówił udzielenia powódce kredytu, który miałby pomóc jej w ustabilizowaniu jej sytuacji, czyli być zabezpieczeniem na wypowiedzianych kredytach, inaczej miał być to kredyt konsolidacyjny. Mówiąc wprost, sąd udowodnił, że wypowiedzenie umowy agencyjnej było niezasadne. Jednocześnie sąd zauważył, że "Powódka prowadziła działalność, która rozwijała się i przynosiła co raz większe dochody, a rozwiązanie umowy nie było spowodowane naruszeniem przez nią obowiązków nałożonych umową agencyjną (...). Sąd nie uwzględnił jednak wniosku o zwrot utraconych w tym czasie zarobków, dzięki którym Rutkowska mogłaby zaspokoić chciwy bank. Tak oto powstała przedziwna sytuacja: pozbawienie przez PKO BP Małgorzaty Rutkowskiej pracy i możliwości zarobkowania zostało uznane za bezprawne. natomiast wszelkie skutki wynikające z tej nieprawidłowej decyzji zostały nienaruszone. Są to niespłacone kredyty i pożyczki, brak pracy oraz sekwestry komornika.
Skoro bank przegrał sprawę, natychmiast oczywiście zostały postawione w stan wymagalności wszelkie należności. Rutkowska z dnia na dzień została bez roboty, a co za tym idzie, bez możliwości zarabiania pieniędzy, czyli spłacania jakichkolwiek długów. Komornik natychmiast zajął pobory małżonka Rutkowskiej. Mąż by zapewnić przeżycie rodzinie, wyjechał za granicę. Za granica nie zagrzał sobie żadnej posadki bo ściga go Europejski Tytuł Egzekucyjny, jeśli już gdzieś pracuje to na czarno i za głodową pensję, wykonuje każdą, nawet niewolniczą prace, aby przeżyć.
Ponieważ PKO BP dał swojej wzorowej pracownicy pożyczkę hipoteczną, 7 marca odbyła się licytacja mieszkania, w którym przebywa Małgorzata Rutkowska i jej troje dzieci, w tym dwoje niepełnosprawnych. Dwóch chętnych do nabycia mieszkania za bezcen kobieta ubłagała, by się wstrzymali z zakupem do następnej licytacji.
W naszym cudownym kraju jest tak, że człowiek, który miał pecha w interesach i wpada w trudności finansowe, staje się podczłowiekiem. Nie ma żadnych praw. Nie pójdzie do żadnej roboty, bo komornik zajmie mu wynagrodzenie, zostawiając głodowe grosze na przeżycie dla jednej osoby na poziomie kloszarda. Robi więc na czarno pozbawiony prawa do opieki lekarskiej i nie zarabiając na emeryturę. A mąż Rutkowskiej w marcu miał wypadek samochodowy i tylko dzięki jakiemuś dobremu człowiekowi z sumieniem, opłacił operację i pobyt w szpitalu, dzięki czemu nie mają więcej długów. Nie otworzy także nowego interesu, bo figuruje w informacjach bankowych na listach dłużników, nie ma więc szans na kredyt. Nie wyjedzie legalnie za granicę, bo istnieje coś takiego jak Europejski Tytuł Egzekucyjny, żeby nigdzie nie mógł się schować. Nie płaci również, co oczywiste, żadnych podatków. Koniec. Jest nikim. Tacy ludzie jak Rutkowska- młodzi, zdrowi, chętni do pracy- mogliby dać sobie radę w trudnej sytuacji, gdyby istniała ustawa o upadłości konsumenckiej na miarę kraju Unii Europejskiej.
O tym, jak nic niewarte jest moje państwo i jego reprezentanci w takim zabawnym okrągłym budynku, niech świadczy fakt, że ani PIS z jego solidarnym państwem, ani Platforma Obywatelska promująca przedsiębiorczość nie zadali sobie trudu, by wypracować porządną ustawę o upadłości konsumenckiej i wreszcie ją uchwalić. Pomogliby setkom tysięcy ludzi. Zdołali jedynie stworzyć poronione projekty, z którymi nic się nie dzieje.
Kiedyś wyśmiewałem propagandowe rysunki z radzieckich plakatów wczesnego socjalizmu, na których bankier miał obowiązkowo nalaną mordę, chciwe ślepia, palił grube cygara, a koło jego wypastowanych sztybletów tarzały się figurki małych ludzików błagających chociaż o jeden grosik z jego wypchanych kieszeni. Dziś dostrzegam celność tej kreski.
~fel=x2010-09-03 18:04
Jestem stary nie mam już siły i ochoty pisać. Moim komentarzem na prawdziwość tych wywiadów,niech będzie historia kredytowa mojej babki,przesłana do P.Prezesa Banków Polskich, może któraś z tych osób coś skojarzy,babka jest po pr.samobójczej.
Sz. Panie Prezesie
W związku z Pańską poniedziałkową wypowiedzią, p.t. "Żeby otrzymać kredyt trzeba być wiarygodnym" w pełni się z Sz. Panem zgadzam tak powinno być, ałe w rzeczywistości jest zupełnie inaczej. Dla potwierdzenia przesyłam, historię kredytową mojej żony (64l) w.g. B.I.K. celem przedstawienia w jaki sposób banki udzielają kredytów, i jak zabezpieczają "swoje" pieniądze, a później będą otrzymywać miliardowe dotacje z naszych podatków. Przepraszam za ew. nieporadność w przedstawianiu sytuacji, ale piszę sam ze względów finansowych. Proszę ocenić czy zdrowy człowiek by tak zrobił? Czy w zdrowym systemie bankowym, (DORADCY z wyższym wykształceniem, po różnych szkoleniach psychologicznych) udzielono by tylu kredytów przy takim dochodzie (emerytura obecnie 1400ZŁ) mając tzw.B.I.K. m.in. przez siebie stworzony? i jak Sz.Pan dodał "mają też własne wewnętrzne zasoby informacji"( teraz czytam ogłoszenia: kredyty bez BIKu" i bez sprawdzania zdolności, kredyty na dowód)
13.02.08 - 4000 zł. PKO SA
14.03.08 - 3000 zł. PKO SA
22.07.08.- 14 880 zł Lukas
20,11.08 - 34 031 zł Skok Chmiel.
26.03.09. - 4056 zł. Bank Spółdzielczy
21.04.09 - 26 341 zł DB.
20.06.09 - 3000 zł Lukas
23.07.09 - 22 113 zł Euro bank
20.08.09 - 32 999 zł BPH.
07.12.09 - 1492 zł Skok Chmiel.
06.01.10 - 1500 zł. Bank Spół.
11.03. 10 - 3214 zł Getin
Raty w.g. B.I.K. to 2876 zł. "to jest wyrok śmierci"przecież nawet z moją pomocą (66l emerytura 1200zł) jest to nie możliwe do spłacenia. Na razie brak odpowiedzi.
Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!