Zwykła kamienica w śródmieściu Warszawy. Adres: ściśle tajny. O tym, że mieszkały tu kobiety zmuszane do pracy w agencjach towarzyskich, wie tylko wąskie grono wtajemniczonych. Ofiary są obezwładnione strachem, boją się, że oprawcy znowu je porwą i wykorzystają. Pracownice La Strady do dziś wspominają kobietę, która przez pierwsze dwie godziny w ośrodku bała się zdjąć nawet płaszcz, czapkę i szalik. Siedziała przerażona, otulając się rękami. Mieszkała tu blisko trzy miesiące i teraz jest zupełnie inną kobietą - znalazła pracę i stanęła na nogach.

Przez ostatnie półtora miesiąca w hostelu mieszkała też 21-letnia Anna z małego miasteczka w Wielkopolsce. Trafiła tu prosto z Niemiec, gdzie przez kilka miesięcy pod przymusem pracowała w agencji towarzyskiej. Praca za granicą miała być dla niej szansą na wyrwanie się z domu i uniezależnienie od rodziców alkoholików. Posada kelnerki w ekskluzywnym barze wydawała się kusząca, tym bardziej że załatwił ją znajomy. Na miejscu okazało się jednak, że Anna ma pracować jako prostytutka. Kiedy próbowała się buntować, była bita i zastraszana. Jej koszmar przerwał dopiero najazd niemieckiej policji na dom publiczny, w którym pracowała.

Tamtejsza organizacja zajmująca się pomocą ofiarom handlu ludźmi przekazała dziewczynę polskiej La Stradzie, która od razu zakwaterowała ją w warszawskim hostelu. "Była w fatalnej kondycji. Zrobiliśmy jej badania, pomogliśmy odtworzyć wszystkie dokumenty, które utraciła w Niemczech. Dziewczyna wymaga jeszcze długiej pomocy, ale jedyne, co mogliśmy jej teraz zaproponować, to przenosiny do ośrodka dla ofiar przemocy domowej. Ania zdecydowała, że woli wrócić do domu, niż znowu adaptować się w nowym środowisku" - mówi Irena Dawid-Olczyk.

Powrót do rodzinnego miasta to dla młodej kobiety wielkie upokorzenie, bo jej najbliżsi dowiedzieli się już, czym zajmowała się za granicą. Anna Jancewicz, szefowa Centrum Promocji Kobiet, nie kryje oburzenia: "Podopieczne La Strady to wyjątkowa grupa kobiet, które mają za sobą niewyobrażalnie traumatyczne przeżycia. Ten hostel był idealnym miejscem, w którym mogły wrócić do normalnego życia" - mówi.

Dziewczyny, które trafiały do hostelu, nie musiały kłamać współlokatorkom na temat tego, co przeszły. Tu wszystkie miały podobne doświadczenia. Te, które zostaną przewiezione do innych ośrodków interwencji kryzysowej, w wielu przypadkach będą musiały ukrywać swoją przeszłość. "Kobiety bite przez mężów to inna kategoria ofiar przemocy. Te żony i matki wręcz boją się kobiet, które pracowały na ulicy" - mówi jedna z pracownic La Strady.

Hostel powstał w 2003 r. dzięki grantowi z ambasady amerykańskiej. Amerykanie prowadzili szeroki program przeciwdziałania handlowi ludźmi i wspierali kraje, które uznali za szczególnie narażone na ten proceder. La Strada otrzymała pieniądze, które wystarczyły nie tylko na stworzenie hostelu, ale i jego dwuletnią działalność. Potem fundacja wystarała się o grant z programu EQUAL. Kiedy wiosną ubiegłego roku La Strada zaczęła starania o finansowanie na kolejne lata, pojawiły się problemy. Pomocy odmówiły kolejno Ministerstwo Pracy, a potem spraw wewnętrznych. "Sprawa była rozważana w trakcie prac nad budżetem na 2009 r., jednak ze względu na ograniczenia nie została w nim ujęta" - mówi Wioletta Paprocka, rzeczniczka MSWiA.

W ostatnich miesiącach ubiegłego roku La Stradę wsparł doraźnie Mazowiecki Urząd Wojewódzki, jednak potem uznał, że finansowanie ogólnopolskiego hostelu nie leży w gestii wojewody. Cały problem polega na tym, że... hostel ma służyć ofiarom z terenu całego kraju i zagranicy. "Budżetowe środki na pomoc ofiarom handlu ludźmi w formie dotacji trafiają do samorządów i podlegających im ośrodków interwencji kryzysowej" - mówi Wioletta Paprocka. To oznacza, że gdyby La Strada chciała prowadzić hostel tylko dla warszawianek, z pewnością nie byłoby problemu z uzyskaniem wsparcia od lokalnych samorządowców.

La Strada nie daje jeszcze za wygraną. W poniedziałek przedstawiciele zarządu zwrócili się o pomoc do marszałka województwa mazowieckiego. Czynsz za kamienicę jest opłacony tylko do końca stycznia. Na miesięczne funkcjonowanie hostelu, w którym jednorazowo może się schronić nawet kilkanaście kobiet, potrzeba ok. 30 tys. zł. Rocznie funkcjonowanie całego centrum dla ofiar handlu ludźmi kosztuje ponad 600 tys. zł.