Marcinkiewicz od wielu miesięcy sugerował, że próbowano go inwigilować, gdy stał na czele rządu. Do tej pory kluczył, nie podawał konkretów. Kulisy tej sprawy ujawnia dopiero dziś, gdy traci posadę w londyńskim banku, a prasa rozpisuje się o jego flircie z Platformą. Wysuwa najcięższe zarzuty przeciw głowie państwa. Mówi, że Lech Kaczyński chciał wykorzystać służby specjalne przeciw urzędującemu premierowi. I że robił to, będąc tylko prezydentem elektem, który nie ma jeszcze żadnych uprawnień. W piątek rano poprosiliśmy o komentarz Michała Kamińskiego, prezydenckiego ministra. Nie odpowiedział.
Prosił go o zbieranie materiałów na mój temat.
Według mojej wiedzy nie.
?
Słyszałem w trzech niezależnych źródłach: od polityka, ze średniego szczebla służb i pośrednio także od samego Marczuka.
.
Nie pamiętam, czy Marczuk, ale widziałem to także na piśmie.
To było jedno zdanie. Coś w stylu: „Podczas rozmowy prezydent elekt Lech Kaczyński poprosił mnie o zbieranie materiałów na temat prezesa Rady Ministrów Kazimierza Marcinkiewicza,
prośbie tej odmówiłem”.
Nie.
To polecenie padło podczas rozmowy Kaczyńskiego i Marczuka. Dowiedziałem się o tym ze wspomnianych już źródeł.
Mogę powiedzieć tylko tyle: Lech Kaczyński nigdy nie ukrywał, również w wielu rozmowach ze mną, że marzy, by premierem był jego brat. Mówił mi na przykład: "Kazimierzu, wiesz,
że to Jarosław powinien stanąć na czele rządu, choćby na pół roku - byłoby dobrze, żeby miał tak prestiżową funkcję w życiorysie".
Naciski to złe słowo. Jednak prezydent i jego brat, lider PiS, wielokrotnie mówili mi, że pod Marczukiem ABW nie pracuje właściwie. Jednak dopóki byłem premierem, nie zgadzałem się na
wymianę Marczuka. Ostatecznie odszedł on, gdy szefem rządu był już Jarosław Kaczyński. Jego następcą został Bogdan Święczkowski, człowiek Zbigniewa Ziobry.
Myślę, że na dzisiaj wystarczy.