Dziennik Gazeta Prawana logo

"GW": Przychodzi Falenta do PiS... Afera podsłuchowa miała obalić rząd PO-PSL?

21 sierpnia 2018, 10:17
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
Marek Falenta
Marek Falenta/PAP Archiwalny
Czy afera podsłuchowa była operacją przygotowaną po to, by obalić rząd PO-PSL? Czy stali za nią ludzie służb specjalnych związani z PiS? Czy na kilka miesięcy przed pierwszą publikacją zgłosił się do nich Marek Falenta, zleceniodawca podsłuchów? Dziennikarze powołując się na nowe niezależne źródła odpowiadają trzy razy: tak.  

Gazeta Wyborcza przekonuje, że dotarła do świadków, którzy rzucają nowe światło na sprawę. Z jej ustaleń wynika, że późną jesienią 2013 r. do skarbnika PiS Stanisława Kostrzewskiego dotarł biznesmen z branży węglowej Marek Falenta. Mówił, że ma nagrania rozmów, które kompromitują rząd Donalda Tuska. Kierownictwo PiS postanowiło sprawdzić Falentę. To zadanie wziął na siebie Ernest Bejda - dziś szef CBA, wcześniej jego współzałożyciel wraz z Mariuszem Kamińskim, a wtedy m.in. prawnik związanej z PiS spółki Srebrna. Bejda wiele razy nieformalnie spotykał się w tej sprawie z funkcjonariuszami CBA z delegatury we Wrocławiu. Dlaczego z nimi? Nieoficjalnie wiadomo, że bez względu na władze centralne związane z ówczesnym rządem PO - PSL, pozostawali wierni Kamińskiemu. Od nich dowiedział się, że Falenta od lat jest współpracownikiem służb i przekazuje informacje na temat "korupcji władzy". Swoją wiedzę czerpie, natomiast, z nagrań.

To właśnie Bejda, Falenta i funkcjonariusze Biura we Wrocławiu mieli dopracować szczegóły upublicznienia taśm. Nagrania z podsłuchów były potem publikowane od czerwca 2014 r. aż do wyborów 2015 r. To wtedy cała Polska żyła słynnymi cytatami: "ch..., dupa i kamieni kupa", "po wyborach benzyna może być i po 7 zł". Miały pokazywać rozrzutność, arogancję władzy i jej prawdziwy stosunek do wyborców. Do dziś nie wiadomo, czy opublikowano wszystkie taśmy i kto jest w ich posiadaniu. Mówi się, że może istnieć nagranie m.in. rozmowy Donalda Tuska i zmarłego w 2015 r. biznesmena i milionera Jana Kulczyka.

Rząd PO-PSL do wytropienia źródła podsłuchów zaangażował połączone siły policji, CBŚ i służb specjalnych. Nie udało się jednak udowodnić związków PiS z aferą. W CBA wszczęto postępowanie wobec agentów, którzy mieli kontaktować się z Bejdą, ale po wyborach zarzuty wobec nich zostały wycofane. Co więcej - awansowali obejmując wysokie stanowiska w centrali Biura, wrocławskiej delegaturze i w ABW. Sam Bejda został szefem CBA, a Mariusz Kamiński - koordynatorem służb specjalnych.

Stratnym okazał się Marek Falenta. Po zatrzymaniu w czerwcu 2015 r. zawaliły się jego interesy. Domniemana współpraca z PiS (na co liczył w rozmowach z kelnerami zlecając im nagrania) nie uchroniła go. Został skazany na 2,5 roku więzienia. Zasłaniając się złym stanem zdrowia walczy o odroczenie kary.

Dziś Bejda i Kamiński kategorycznie zaprzeczają swoim związkom z podsłuchami. W oficjalnym piśmie rzecznik CBA napisał:

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Gazeta Wyborcza
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj