Mira Suchodolska: Potrafi pan krowę wydoić?

Jan Bieniasz*: Pewnie, że tak, choć nie tak sprawnie, jak np. moja babcia, więc wolałbym tego zwierzęciu nie robić. Jestem z pokolenia, które za młodu jeszcze kosą zboże kosiło, dziś prowadzę najnowocześniejsze kombajny i ciągniki. Znam ten fach od podszewki.

Choć z tego, co wiem, został pan rolnikiem przez przypadek. A może nie rolnikiem, tylko przedsiębiorcą rolnym, producentem, sama nie wiem, jak nazwać człowieka, który gospodaruje na 120 ha.

Rolnikiem. A że przy okazji mam inną działalność gospodarczą: pośrednictwo ubezpieczeniowe i finansowe oraz zakładam grupy producenckie w formie spółdzielczej, z których w jednej jestem prezesem, to już całkiem inna historia. Bo dziś rolnik nie może być tylko rolnikiem: musi być przedsiębiorcą, menedżerem, zootechnikiem, mechanikiem – mógłbym długo wyliczać – aby dobrze wykonywać pracę, powinien opanować kilka profesji. Bez tego nie utrzyma się na powierzchni. I musi być wykształcony. Właśnie piszę pracę magisterską z zarządzania zasobami ludzkimi i współpracy poziomej w grupach producenckich i innych organizacjach rolniczych. Gdyby nie te dodatkowe zajęcia, nie miałbym co zrobić z tak dużą ilością wolnego czasu. Jak sobie przypomnę młodość, kiedy wstawało się razem z kurami, a późnym wieczorem, padając ze zmęczenia, kładło do łóżka, nie mogę się nadziwić, jak bardzo wszystko się zmieniło.

Pana rodzina nie była typowo chłopska.

Była typowa dla tamtych czasów: chłoporobotnicy. Mieszkaliśmy w Krzemienicy koło Łańcuta, mama pracowała na poczcie, tata w WSK Rzeszów, a w wolnych chwilach zajmowali się 3 hektarowym gospodarstwem oraz trzema synami. Mój starszy brat jest kapłanem, młodszy budowlańcem, ma swoją firmę. A ja zawsze chciałem być rolnikiem, skończyłem technikum mechanizacji rolnictwa w Rzeszowie – bardzo dobrze zresztą, ale nie dostałem się na studia. Uwalili mnie na języku rosyjskim. Na ustnym chcieli, żebym powiedział coś o przyjaźni polsko-radzieckiej, to powiedziałem, co myślałem (śmiech). To był 1981 r., stan wojenny, więc zaraz wzięli mnie do wojska. Jak wyszedłem do cywila, wciąż myślałem o rolnictwie. Ale ja chciałem być rolnikiem pełną gębą, a malutkie gospodarstwo rodziców nie dawało perspektyw rozwoju.

Zaangażował się pan więc w działalność opozycyjną.

Nie byłem wielkim bohaterem, roznosiłem ulotki, literaturę drugiego obiegu, dla mnie wtedy to była bardziej młodzieńcza przygoda. Jednak dzięki temu zaangażowaniu dojrzewałem, coraz więcej się dowiadywałem o polityce, świecie, wyrabiałem sobie własny osąd. No i to dzięki Solidarności dostałem szansę, żeby się rozwinąć zawodowo. Bo związek prowadził też edukacyjną działalność, mnie wysłano na praktyki do Norwegii. Dwa razy tam jeździłem, w 1987 r. i 1988 r., w sumie spędziłem tam siedem miesięcy.

Bardzo ta Norwegia wydała się panu inna niż Polska?

Dwa różne światy. Pierwsze wrażenie: spokój i normalność. Ludzie się niczego nie bali, nie było donosów i aresztowań. Nie mówiąc o takich banałach, jak sklepy pełne towarów. Ale też wieś była inna. Trafiłem do gospodarstwa w głębi kraju: 10ha, same łąki, 12 krów. Wszystko było inne, mnie uderzyło podejście do rolnika. Taki przykład: przyjeżdża mężczyzna ciężarówką odebrać jałówkę, to ja biegnę, bo myślę, że będę musiał ją jakoś na tę przyczepę wtaszczyć. Ale nic z tych rzeczy – miał podnośnik, sam wszystko zrobił i jeszcze podziękował. Nie do wiary. Poza tym wszystko było świetnie zorganizowane, czyste, przyjazne.

Nasza wieś w tamtych czasach była biedna, brudna i cuchnąca gnojem.

Zgadza się. A tam obora bezściółkowa, pod podłogą zlewnia odchodów, które w niej fermentowały zanim można je było wywieźć na pola. I to tylko w określone miesiące. U nas dopiero UE taki reżim wprowadziła. Te ich krowy nie pasły się, jak nasze, ale były żywione kiszonką i wysokobiałkowymi paszami zbożowymi. Ci moi gospodarze mieli silosy wieżowe, w których się tę kiszonkę przygotowywało. Z technicznego punktu widzenia wygląda to tak, że się trawę do silosu wrzuca, polewa kwasem mrówkowym i ona się kisi. A z tego kiszenia sok spływał, który potem się wypompowywało na pole jako nawóz. Jak następnym razem przyjechałem, po pół roku, patrzę, a tam są nowe zbiorniki pobudowane na ten sok. Bo weszły nowe przepisy: można go dawać bydłu do picia, ale jak na pole, to musi jeszcze się przefermentować. Po czorta to, pytam, a moi gospodarze odpowiadają: bo dbamy o środowisko. W 1988 r., niech sobie pani wyobrazi, my wówczas byliśmy jeszcze głęboko w lesie. Zakochałem się w tym kraju.

To dlaczego pan tam nie został?

Miałem taką propozycję, moi gospodarze traktowali mnie jak syna, chcieli mi zostawić gospodarkę. Ale wtedy poznałem przyszłą żonę i tylko ona była mi w głowie. Data ślubu ustalona i myślałem o budowaniu domu i urządzaniu się na swoim, w Polsce.

Tak się złożyło, że pana żona jest córką legendarnego działacza rolniczej Solidarności, Józefa Ślisza, który w wolnej Polsce dwa razy był wicemarszałkiem Senatu.

Tak się złożyło. Józefa poznałem w opozycji, nie wiedziałem, że ma córkę. Ją poznałem przez przypadek. Miałem komuś coś tam z tej Norwegii przywieźć i po odbiór przyjechała moja koleżanka ze swoją kuzynką. Spojrzałem na kuzynkę koleżanki i zaiskrzyło. Iskrzy do dzisiaj. Powiem pani, że przez 26 lat, jak jesteśmy razem, nigdy nie kładliśmy się spać w gniewie. Mamy trzech wspaniałych synów i jakoś sobie radzimy. Jak postanowiliśmy się pobrać, to Józef już coraz bardziej był zaangażowany w warszawskie sprawy i politykę. Do domu wpadał na weekendy. Ja musiałem trzymać całe gospodarstwo w ryzach. Czy się bałem? Nie, byłem nauczony roboty. Choć nie było łatwo. W 1988 r. ślub i w tym samym roku zacząłem budować dom. Ale miałem siłę. Jak na tamte czasy, gospodarstwo było nowoczesne. 15 ha, trzy ciągniki Ursus. I kombajn Bizon, cały park maszynowy.

ZOBACZ TAKŻE: Górnicze protesty a realia pracy na kopalni. Przeczytaj wywiad, który stał się hitem sieci >>>

Jak w piosence Wałów Jagiellońskich.

No właśnie. W gospodarce była też nowa chlewnia, na 120 tuczników rocznie w cyklu zamkniętym. Niech pani nie robi takich wielkich oczu, cykl zamknięty polega na tym, że są maciory, które rodzą młode i te się tuczy przez około sześć miesięcy, żeby na mięso sprzedać. Jak się urodzi więcej, to nadwyżki się sprzedaje. Wiele lat mi zajęło udoskonalenie gatunku, żeby dobre mięsne sztuki otrzymać. Dopiero ok. 2000 r. udało mi się sprawić, żeby zakłady w Sokołowie nie kupowały u mnie żywej wagi, tylko kontraktowały mięsność. Całą genetykę musiałem przestawić. Ale w 2003 r. przyszedł świński dołek i powiedziałem stop. Nie może być tak, że tracę. Przestawiłem produkcję na roślinną. Wcześniej było wszystko: świnie, zboże, burak cukrowy. Trzeba się było wyspecjalizować.

Rolnictwo to biznes, jak każdy inny.

Dziś mam rzepak i pszenicę, na wiosnę będę siał jęczmień browarny. Może wrócę do kukurydzy i słonecznika, bo jest na nie zapotrzebowanie. Trzeba produkować to, co można sprzedać za dobrą cenę. A ludzie tego nie rozumieją, wciąż mentalnie tkwią w trójpolówce: uprawiamy, co się zdarzy, a wy musicie to kupić. I narzekają. Powinni się zastanowić i uderzyć w piersi, czy kryzys na rynku rolniczym to nie jest także ich wina. Kiedyś uprawiałem buraki cukrowe, kontraktowałem je do cukrowni. Kiedy ją sprywatyzowano, dostałem akcje. Trzymam je do dziś, z sentymentu i dla zasady: nie sprzedaje się zakładu pracy. Ale większość pozbyła się ich za grosze. Gdyby tego nie zrobili, mielibyśmy wpływ na to, co się w cukrowni dzieje. A tak mogą tylko biadolić.

Może bardzo potrzebowali tych pieniędzy. Maluchowi na trzech hektarach każda złotówka się przyda.

To trochę tak i trochę nie tak. Żeby obronić swój majątek przed wyprzedażą, są różne sposoby. Można wziąć kredyt, można stowarzyszyć się w spółdzielnię czy grupę producencką. Ale to było dla nich za trudne. Ma pani rację w jednym: gospodarstwa są zróżnicowane. Trudno porównywać rolnika z Podkarpacia, gdzie średnio gospodarstwo ma 3 ha, z tym z Zachodniopomorskiego, gdzie średnia to 20 ha. To olbrzymie dysproporcje, choć statystycznie gospodarstwo w Polsce liczy 10 ha. Przy czym tych większych niż 50 ha jest na Podkarpaciu tylko 1 proc., choć to one wytwarzają 90 proc. produktu, jaki wchodzi na rynek.

Z trzech hektarów nie da się wyżyć?

Ciężko, no chyba że się ma pomysł na życie, np. na uprawę ekologicznych warzyw, które są kilkakrotnie droższe od normalnych, ale wymagają więcej pracy i trzymania reżimu, by nie stracić licencji. Dopiero gospodarstwo 60–70 ha, wyspecjalizowane, może utrzymać rodzinę na przyzwoitym poziome. To nie te czasy, że wystarczyło chować dwie krówki, świnkę i mieć poletko zboża.

Kiedy my rozmawiamy, pana koledzy strajkują. I wysuwają listę pretensji oraz żądań, które dla mieszczuchów są abstrakcją. Choć mnie się wydaje, że w wielu punktach mają rację. Jak choćby w tym, że są dyskryminowani przez UE.

Rolnicy w krajach starej UE są zamożniejsi, lepiej funkcjonują, ale na to składa się kilka czynników. Nie mieli u siebie komuny, nikt im nie zabierał ziemi, mieli czas, żeby się nauczyć pewnych rzeczy, wzbogacić. Jak powstała Unia, wspólna polityka rolna stała się w niej priorytetem, mieli czas, aby poznać mechanizmy i nauczyć się z nich korzystać. My dołączyliśmy niedawno i startując ze słabszej pozycji. Bądźmy realistami: oni, Francuzi czy Niemcy, nie oddadzą nam swoich pieniędzy. Nie podoba mi się także to, że dopłaty w tej perspektywie finansowej będą mniejsze, niż miały być. Tak nasi politycy negocjowali, możemy się na to zżymać. Ale wyjeżdżając ciągnikami na drogi, nie sprawimy, że minister Sawicki – który zresztą nie jest z mojej bajki – machnie różdżką i dopłaty bezpośrednie wzrosną. Zastanówmy się więc lepiej nad tym, w jaki sposób te za małe pieniądze jak najefektywniej wykorzystać. W poprzedniej perspektywie były między innymi dwa programy dla rolnictwa, na każdy była przeznaczona kwota ok. 10 mld zł. Jeden to były dopłaty za tereny trudniejsze w gospodarowaniu (ONW), pieniądze mógł dostać każdy, bez względu na to, czy produkował na nich, czy nie. Drugi program był na modernizację, czyli nowe budynki czy maszyny. W pierwszym programie pieniądze w dużej mierze poszły na socjal, nic z nich nie powstało. Moim zdaniem lepiej by było, gdyby przeznaczono je na modernizację.

Kolejny punkt rolniczych pretensji: niekorzystne dla rodzinnych gospodarstw uregulowania prawne dotyczące wykupu oraz dzierżawy ziemi. Rolnicy twierdzą, że jest nabywana przez zagranicznych inwestorów.

To problem nas wszystkich, bo ziemia jest dobrem narodowym i raz sprzedana, już nie wróci. Mszczą się zaniechania z lat 90., to, że do dziś nie ma ustawy o kształtowaniu ustroju rolnego. Agencja Nieruchomości Rolnych, w której rękach pozostawiono obrót gruntami, nie spełniła zadania. Kto przyszedł z pieniędzmi, temu sprzedawała. Inne, stare kraje UE lepiej sobie poradziły, np. w większości z nich lekarz, choćby z milionami euro, nie kupi ziemi rolnej. Taka osoba musi mieć odpowiednie wykształcenie, rekomendację miejscowej izby rolniczej. A u nas różni przyjeżdżali na przetargi, zainwestowali, a teraz biorą dopłaty. Uważam więc, że rolnicy broniąc ziemi, mają rację. Ja obserwowałem takie sytuacje u siebie, w Łące. Było do kupienia na przetargu 10 ha, cena wywoławcza 150 tys. zł, a poszło za milion. Rolnik nie ma takich pieniędzy, a nawet gdyby miał, puknąłby się w głowę, bo przecież te pieniądze się nie zwrócą. Ale była wcześniej możliwość, aby dokupić pola na normalnych warunkach, można było skorzystać z prawa o pierwokupie, że ziemia nie idzie od razu na przetarg, tylko jest wyceniana przez biegłego i za taką cenę można ją nabyć. Oczywiście nie obyło się bez patologii, skrajnie zaniżonych lub zawyżonych stawek, ale możliwość była. Jednak niewiele gruntów rozeszło się w ten sposób, ludzi nie było stać, więc trafiały na przetargi. I o to rolnicy mają teraz pretensje.

I dlatego tak optują za dzierżawą. W krajach UE w ten sposób użytkowanych jest 40 proc. gruntów.

Szczególnie popularne jest to np. w Wielkiej Brytanii oraz w Danii i Holandii. Tam wszędzie ziemia jest bardzo droga, więc opłaca się ją dzierżawić, przy czym umowy o najem przechodzą z rodziców na dzieci. W rolnictwie jest tak, że pewne rzeczy trzeba planować z kilkudziesięcioletnim wyprzedzeniem. O ziemię trzeba dbać, rekultywować, żeby nie ulegała degradacji. Ponosi się koszty. Nie może być tak, że nagle ci mówią: kupujesz albo ci zabieramy pole. Poza tym w rolniczym biznesie trzeba być elastycznym: w tym roku jest większy popyt na jakąś roślinę, mam możliwości, żeby uprawiać więcej, więc wynajmę parę hektarów więcej. Nie muszę kupować, bo za dwa lata nie będzie mi potrzebna. I tu przydałaby się ustawa o kształtowaniu ustroju rolnego państwa.

Mówi pan o rolnictwie jak o biznesie. I mnie to się podoba. Ale podatku dochodowego rolnicy nie płacą, co wkurza wszystkich innych.

Naprawdę? W tym kraju 65 proc. firm nie płaci CIT, tymczasem wszyscy rolnicy płacą podatek, choć w postaci zryczałtowanej – od hektara ziemi, w zależności od klasy. Za tę I klasy wychodzi około 180–200 zł od 1 ha, za IV klasę – 40 zł. Rocznie uskłada się jakieś 1,6 mld zł. Inna sprawa, że klasyfikację gruntów trzeba by przeprowadzić od nowa, bo istniejąca pochodzi z lat 60., kiedy robiono ją według zasady, żeby państwowym gospodarstwom klasę na papierze obniżać, a prywatnym zawyżać. Jednak żyjemy w kraju , gdzie nikt się tym nie przejmuje. Mówi pani „podatek dochodowy”, on wraca jak refren, zwykle wtedy, kiedy rolnicy się zaczynają burzyć i trzeba poszczuć przeciwko nim inne grupy społeczne. Ale przez ostatnie ćwierć wieku nikt nie napisał projektu takiej ustawy, żeby choć można było o niej dyskutować i przeanalizować jej skutki. Na przykład jak na takiej zmianie wyszłyby gminy rolnicze, dla których podatek rolny jest jedyną formą przychodu. Ale brakuje odwagi, politycznej i tej społecznej.

A co z KRUS? Bardzo żałuję, że nie mam jakiegoś poletka, żeby się przepisać do tej rolniczej ubezpieczalni. Zwłaszcza po ostatnich podwyżkach w ZUS.

Nie wiem, czy poczuje się pani lepiej, ale w 2003 r. przeszedłem na działalność gospodarczą i płacę składki na ZUS. Natomiast moja żona jest w KRUS. Moim zdaniem ZUS jest za wysoki, a KRUS za niski. Trzeba by to wypośrodkować. Mając przy tym na uwadze, że jest wielka grupa rolniczej drobnicy, której mogłoby nie być stać na dużo wyższe składki i przeszliby na garnuszek państwa. Zresztą, ile oni tej emerytury na starość dostaną? 800 zł? Zresztą obydwoje wiemy, że każdy – nie tylko rolnik – stara się płacić jak najmniej, bo nie wierzy, że jeśli da więcej, to potem przełoży się to na wysokość świadczenia. Tak samo ze składkami zdrowotnymi: ja mam etat w grupie producenckiej, działalność gospodarczą, od wszystkiego odprowadzam składki. A jak co do czego przyjdzie, to stoję w kolejce. Albo biorę portfel i maszeruję do prywatnego doktora.

Zajmijmy się kolejnym punktem rolniczych żalów: zagranicznymi sieciami handlowymi, które wymuszają głodowe stawki za produkty.

One są problemem dla wielu obywateli, nie tylko rolników, bo niszczą rodzimą gospodarkę handlową. Nie pojmuję, dlaczego państwo daje im taką swobodę, dlaczego nie zmusi, by wszystkie płaciły podatki w Polsce, zamiast transferować zyski do centrali. Ale jesteśmy w UE, mamy wolny przepływ towarów, ludzi i kapitału, nie zatrzymamy pewnych rzeczy. Co nie znaczy, że rolnicy nie mogą się globalizacji przeciwstawić. Z mojego doświadczenia wynika, że najlepszym sposobem jest organizowanie się w grupy producenckie, które dają nam silniejszą pozycję przetargową w negocjacjach i pozwalają drożej sprzedawać. Sam tworzyłem dwie takie grupy. Ale zaczęło się od znajomego z Opolszczyzny, który uprawiał rzepak. Jeździli z tym rzepakiem do zakładu w Szamotułach, gdzie nikt nie chciał nawet z nim gadać. Dopiero jak się połączyli, skupili 20 tys. ton, to zaczęto ich poważnie traktować. Już nie musieli czatować na prezesa przed gabinetem, teraz on do nich przyjeżdża. Można protestować na ulicy, może nawet telewizja to pokaże, ale rzeczywistości praw ekonomicznych się nie zmieni. Moja grupa liczy 38 rolników, mamy razem 2,5 tys. ha. Wybudowaliśmy magazyn na 11 tys. ton, w którym możemy nie tylko przechowywać ziarno, ale wysuszyć, wyselekcjonować. Mamy jedno z najnowocześniejszych w kraju laboratoriów, więc nikt nie będzie nam dyktował zaniżonych stawek skupu. A zaczęło się tak, że w 2003 r. były bardzo niskie ceny kukurydzy, nikt jej nie chciał skupywać, a zorganizowany przez ARR skup interwencyjny był za mały. I pewnego dnia podjeżdżamy z kolegą pod elewator, pobierają próbkę, a my czekamy. Godzina, dwie, pięć. Mówię: Marek, jak się nie zorganizujemy, to już zawsze będziemy stać w takich kolejkach, traktowani jak intruzi. Nie udało się tak od razu, do 2011 r. to trwało, trzeba było przełamać nieufność ludzi, aby zaryzykowali pieniądze i ziemię. Ale udało się. I dziś jeśli są np. zbyt niskie ceny, nie chcą skupować, to nie, bez łaski. Mamy czas, możemy czekać, aż się zmieni koniunktura. I już nie w kolejce pod elewatorem.

Brzmi bajecznie prosto.

Nie było wcale łatwo, kupę nerwów i zdrowia mnie to kosztowało. I kosztuje. Zwłaszcza użeranie się z urzędnikami Agencji Rozwoju i Modernizacji Rolnictwa. Ustawa o grupach producenckich pozwala się nam ubiegać o dopłaty na koszty administracyjne, których wysokość zależy od obrotów członków grupy. Trzeba załączać odpowiednie dokumenty, sprawozdania. Wiadomo. Inwestycja jest budowana również z dofinansowaniem UE, złożyliśmy wniosek o płatności, raz już uzupełniony o dokumenty formalne. Teraz się dowiaduję, że muszę jeszcze osiem poprawek wprowadzić, jakieś bzdury. No, ale nie chcę się żalić, zaciskam zęby, choć mnie cholera bierze, bo ci ludzie nie znają przepisów. Ale rolnik i z urzędnikami musi umieć sobie radzić.

Oraz ze świńskimi dołkami, choć pana to już nie dotyczy.

Zawsze były górki i dołki, a ten obecny tylko po części bierze się z rosyjskiego embarga. W Polsce jest coraz mniej uboju, pogłowie się zmniejsza. Pierwsza przyczyna – jemy mniej wieprzowiny. Milion ludzi wyemigrowało, reszta ma po jednym żołądku. Druga przyczyna – przetwórstwo mięsa to skomplikowany proces. Powstają odpady – głowy, ratki, coś z nimi trzeba robić, utylizować, to kosztuje. Producenci wędlin wolą więc kupować półtusze z zagranicy, choćby z Danii. Ale tam rolnicy są współwłaścicielami wielu zakładów, nie tracą na pośrednikach. Inna sprawa, że lepiej sobie z tymi odpadami radzą. No i jeszcze jedna rzecz: nasze przepisy weterynaryjne są bardzo restrykcyjne. I głupie. Niedawno Armenia chciała od nas kupić transport wieprzowiny. Ale mieli wymagania: 80-kilaogramowe sztuki, zabite i wypatroszone, ale całe, nieprzecięte. Tymczasem zgodnie z polskimi normami świnia musi być przecięta na pół. I nie sprzedaliśmy, bo przepisy nie nadążają za rzeczywistością.

Awantura jest też o sprzedaż bezpośrednią: rolnik sprzedający na targu ser, który zrobi sobie w domu, powinien spełnić wyśrubowane normy sanitarne.

Takie same, jak duzi producenci, co jest absurdem. W dodatku, wbrew temu, co się nam wmawia, UE tego na nas nie wymusiła. Powinno być tak jak w Austrii. Tam, jak chłop zabije byka i ma za dużo mięsa, może je sprzedać. Legalnie. Tak samo sery. U nas to niemożliwe. Tymczasem takie rozwiązanie poprawiłoby dochody małych gospodarstw. Powie pani, że taki handel i tak się odbywa. Ale pokątnie, niczym cielęciną za PRL. A mogłoby być normalnie. Sam bym chętnie kupił wołowinę czy ziemniaki od kolegi, bo nie opłaca mi się ich produkować. Ale żeby być w zgodzie z prawem, muszę iść do sklepu.

A jak żyje polski rolnik? Według stereotypów w głowach miastowych to napruty chłop w kufajce albo brzuchaty bamber.

To jakby spytała mnie pani, jak żyje przeciętny Polak. Nie byłbym w stanie odpowiedzieć. Tak jak mówiłem – musi dziś się wciąż kształcić, opanować wiele zawodów. Być przedsiębiorczy. Inaczej zginie. A jak żyje? Jak wszyscy. Dba o rodzinę, posyła dzieci do szkoły. Mój najstarszy syn, Mateusz, ma 25 lat, skończył AGH w Krakowie, pracuje w wojewódzkim urzędzie pracy, ale nie bardzo mu się to podoba, chciałby prowadzić własny biznes. Pomaga w prowadzeniu gospodarstwa. Średni, Błażej, 19-latek, uczeń technikum architektury krajobrazu, najbardziej zainteresowany ziemią. Założył własny biznes: szkołę drzewek ozdobnych. Jest jeszcze 10-letni Michał, on nie ma na razie sprecyzowanych zainteresowań. O żonie już mówiłem. To skarb, zdjęła mi z głowy całą księgowość.

Jak państwo spędzacie wolny czas?

Staramy się wyjeżdżać razem, choć teraz to niemożliwe, bo starsi synowie już mają własne towarzystwo. Podczas wakacji to trudne, są żniwa, ale jesienią koniecznie jakieś ciepłe kraje na dwa tygodnie. Najlepiej tam, gdzie jest woda. Jestem płetwonurkiem, bardzo lubię nurkować. Lubię włóczyć się z psem. Nie jestem człowiekiem, którego ciągnęłoby do polityki. Partie są, to zło konieczne. Tym, co mnie kręci, to idea spółdzielczości rolniczej, samopomocy, producenckich grup. I to jest chyba moje największe hobby.

Jan Bieniasz*, mieszka w miejscowości Łąka k. Rzeszowa, wraz z żoną prowadzi gospodarstwo rolne o powierzchni 120 ha, ma wykształcenie wyższe - ukończony licencjat w Wyższej Szkole Prawa i Administracji w Przemyślu, jest prezesem zarządu Spółdzielni Rolników SAN z siedzibą w Łące