O inicjatywie Lecha Kaczyńskiego szefowie klubów parlamentarnych dowiedzieli się na wieczornym spotkaniu w Pałacu Prezydenckim. Niemal równocześnie poznali ją widzowie telewizji publicznej, która nadała orędzie głowy państwa.

W swoim projekcie ustawy Lech Kaczyński przewiduje, że wycofanie się z zastrzeżeń do Karty praw podstawowych i z mechanizmu z Joaniny nie będzie możliwe bez zgody dwóch trzecich Sejmu i Senatu, prezydenta i rządu.

Prezydent uzasadnia, że odstąpienie od tych zapisów może doprowadzić do narzucenia Polsce przez Unię Europejską legalizacji związków homoseksualnych, a także sprowokować pozwy o zwrot nieruchomości Niemcom wysiedlonym w wyniku drugiej wojny światowej.

"Jako prezydent nie mogę zgodzić się na dobrowolną i nieuzasadnioną degradację naszego kraju w Unii" - uzasadniał swoją decyzję. Co więcej, jak dowiedział się DZIENNIK, już podczas spotkania w zeszłym tygodniu Lech Kaczyński zapowiedział liderom sejmowych ugrupowań, że jeśli parlament nie przyjmie ustawy ratyfikacyjnej, to cały traktat trafi do kosza. I będzie to równoznaczne z odrzuceniem go przez Polskę. A więc automatycznie przez całą Unię Europejską. Wczoraj ponownie prezydent przestrzegał przed lekceważeniem jego głosu.

"Pamiętajcie, że w grze o traktat jest osoba prezydenta wybrana w demokratycznych wyborach i ta osoba nie musi na wszystko się zgodzić" - miał powiedzieć Lech Kaczyński w trakcie spotkania w pałacu.

Z rozmowy z prezydentem zadowolony był jedynie Przemysław Gosiewski, szef klubu PiS. Platforma była zirytowana prezydenckim pomysłem na kompromis.

"Ta inicjatywa pokazuje, że Lech Kaczyński jest po stronie LPR i Samoobrony - sił, które jeszcze do niedawna kontestowały naszą obecność w Unii" - mówi szef klubu PO Zbigniew Chlebowski. Podobnie wypowiada się LiD.

Reklama

"Prezydent wchodzi w rolę obrońcy PiS, zamiast bronić interesu ogółu społeczeństwa i jak najszybciej ratyfikować traktat. Trzeba przeciąć to w zarodku i zdecydować o referendum" - powiedział DZIENNIKOWI Wojciech Olejniczak.

Nawet PSL nawołujące do porozumienia z PiS w sprawie traktatu jest spotkaniem u prezydenta rozczarowane. "Kompromis nie może polegać na tym, że wszyscy przyjmą zdanie PiS" - wyjaśnia szef klubu PSL Stanisław Żelichowski.

Projekt prezydenckiej ustawy ma dziś wpłynąć do Sejmu. Ale jakie będą jego losy, trudno przewidzieć. Nie wiadomo też, jak wpłynie on na prace nad rządową ustawą ratyfikacyjną, nad którą dzisiaj mają ponownie debatować posłowie. PO chce, by została przyjęta przez parlament jak najszybciej. To może być trudne, bo tu liczą się nawet pojedyncze głosy. Oprócz posłów PO, PSL i LiD musi ją poprzeć co najmniej 6 parlamentarzystów PiS. Podobny efekt może dać nieobecność 10 przedstawicieli tej formacji podczas głosowania.

Czy PiS pęknie w tej sprawie? Wielu posłów nie kryje, że ma poważny dylemat. Zbigniew Religa już zapowiedział, że zagłosuje za traktatem. Ale liderzy PiS grożą ostrymi sankcje za złamanie dyscypliny.

"Niech nikt nie liczy, że klub PiS się złamie. Wolimy teraz powiedzieć nie, niż ośmieszyć się za dwa lata, jak PO zrezygnuje z Joaniny i powie: przecież daliście nam wolną rękę w Sejmie" - tłumaczy Przemysław Gosiewski.

Platforma nie daje jednak za wygraną. Jeśli rządowa ustawa nie przejdzie w Sejmie, partia Donalda Tuska zapowiada referendum. I nie zgadza się z opinią Lecha Kaczyńskiego, że nieuchwalenie ustawy oznacza faktyczne odrzucenie traktatu.