Niestety, gdyby Donald Tusk z Grzegorzem Schetyną pojawili się dziś u wróżki, usłyszeliby z pewnością, że przed nimi rok wielkiej pokusy. Przy galopujących w górę sondażach łatwo uwierzyć, że jest się tą władzą, na którą Polacy czekali od zawsze. Zaraz potem przychodzi wiara, że wystarczy ludzi nie irytować i nieco rzadziej pchać się przed obiektywy kamer, a wszyscy uwierzą, że obecny rząd to sprawna, dyskretnie towarzysząca Polakom w ich karierach, władza.

Rzeczywistość bywa jednak bardziej pokręcona i dwóch rozgrywających Platformy powinno raczej rozbrajać miny, niż przygotowywać się do akcji ratunkowej po wybuchu. A na razie nic nie wskazuje, by Platforma, w którymkolwiek z gorących tematów (może poza sprawiedliwością i rozdziałem unijnych funduszy) miała gotową receptę. Na razie rząd umiejętnie, trzeba to przyznać, schodzi z linii ciosu. Górnicy tupią i gwiżdzą na szefów spółek węglowych. Ale jak ich już odwołają albo wywiozą na taczkach, oskarżycielski palec skierują na rząd. Wicepremier Waldemar Pawlak wizytujący barbórkowo kopalnie nic tu nie pomoże. Trzeba mieć wizję i determinację. I odwagę, żeby przerwać tę huśtawkę nastrojów, na której górników posadziły poprzednie rządy. Raz krzycząc „niech żyje nam górniczy stan”, innym razem mówiąc "warcholstwu stop!”.

Minister zdrowia jak na razie podzieliła się z lekarzami swoją wielką wiarą w ich odpowiedzialność. Gdy już w szpitalach minie euforia po tym osobistym wyznaniu pani minister, zaczną się pytania. Te same, co zawsze i tak samo kłopotliwe. Czy w Polsce jest za dużo szpitali? Czy może odwrotnie, za mało lekarzy? Czy będzie likwidacja powiatowych placówek służby zdrowia? Kiedy lekarze zaczną zarabiać tyle, co ich koledzy z Unii Europejskiej? Kiedy będzie więcej pieniędzy na leczenie? Te pytania zresztą już padają i w przyszłym roku będą padać coraz częściej. Za każdym razem, kiedy doktor Kowalski spotka w pozbawionej granic Europie doktora Schmidta i zorientuje się, że do zarobków niemieckiego kolegi ciągle jest mu tak samo daleko.

Wróżenie z politycznych fusów jest zajęciem wysokiego ryzyka. Ale stawiam dolary przeciw orzechom, że tak mniej więcej około maja, czerwca nowego roku zaczną się pierwsze schody. Premier Tusk będzie musiał wyrzucić z rządu pierwszego ministra. Nie jest moim celem wieszczenie komuś końca kariery, ale problemy trudne do rozwiązania łatwo wymienić. Równie łatwo wymienić ministra. Choć już wszyscy wiedzą, że daje to efekt krótki i złudny. Operację można powtórzyć, ale zyskuje się najwyżej kilka miesięcy. Jeśli szef Platformy Obywatelskiej myśli o kolejnej kadencji, to musi mieć wizję i program. Z tym pierwszym łatwiej, zwłaszcza że wystarczy o niej opowiedzieć. Z drugim - trudniej. Program nie tylko trzeba napisać, ale i umieć zastosować.

W nowym rządzie z połączeniem wizji i programu jest, jak się zdaje, licho. Świetnym tego przykładem jest poseł Janusz Palikot. Jednego dnia kandydat na nowego Kluskę, drugiego - premier musi go przywoływać do porządku, bo poseł lubi najpierw coś powiedzieć, a potem pomyśleć. To, jak wiadomo, nie jest najlepszą kolejnością.

Nie wiem, w jakim tempie narasta frustracja Radka Sikorskiego. Ale, jak ktoś celnie zauważył, do sukcesów w polityce zagranicznej wystawia się twarz premiera. Ostatnio nawet minister rolnictwa miał swoje pięć minut - przy umiejętnie sprzedanym, ale mniejszym, niż się to przedstawia, sukcesie ze zniesieniem rosyjskiego embarga na polskie mięso. Minister Sikorski, pytany o najważniejsze cele na przyszły rok, mamrotał zaś coś w radiu o uporządkowaniu ministerialnej administracji. Kto wie, czy gasnąca gwiazda ministra nie będzie zarzewiem pierwszego poważnego konfliktu w rządzie? Sikorski, Ujazdowski, Rokita, Polaczek, Jurek... Skład na nową partię całkiem niezły.

Kiedy Polacy już się nacieszą, że wyrzucili z rządu PiS, Samoobronę i LPR, zaczną krytycznie patrzeć na nowych. I wtedy pojawi się pokusa największa: telewizja publiczna. Ciągle wielka, ciągle wpływowa i wciąż tak samo wrażliwa na polityczne wdzięki kolejnych ekip. Z ogromnym zainteresowaniem obserwuję bezruch i ciszę wokół TVP. Pomimo rozmaitych, pełnych oburzenia wypowiedzi polityków PO, nie słychać ani nie widać choćby zalążków sensownego pomysłu na to, czym powinien być gigant z Woronicza. Po wyborach był bojowy ton: oddamy ludziom TVP, tym którzy płacą abonament. Uczynimy z niej prawdziwą telewizję publiczną. Po dwóch miesiącach od wyborów ani pomysłu, ani wizji zmian. I zaczynam się zastanawiać, czy tylko z powodu lenistwa nowej ekipy tego pomysłu brakuje. Intrygujący, choć spiskowy scenariusz może być taki: nie zmieniamy statusu TVP, bo któregoś dnia, jak wszystkim dotąd, może być i nam potrzebna. Dlatego zrobimy mały skok i zarząd plus „Jedynka” będą nasze, „Dwójkę” się sprywatyzuje, a „Trójkę” odda PSL. Ludowcy już raz tam byli, więc wiedzą, o co chodzi. Jeśli zabraknie głosów w Sejmie, żeby to przegłosować, towarzysze z LiD pomogą.

Jak miło byłoby się pomylić. 2008 byłby wtedy rokiem prawdziwych reform, a nie PR-owskich zabiegów. No i byłoby nudniej. Czyli lepiej.